Recenzje serialiWspółpraca

Zabójcza przyjaźń (Opinia bezspoilerowa)

Po „Zabójczą przyjaźń” sięgnęłam głównie przez obsadę, bo jak widzę nazwiska takie jak Jon Bernthal, Tessa Thompson i Pablo Schreiber to mój wewnętrzny głos mówi: to nie może się nie udać. No cóż… może. Serial zaskoczył mnie kilka razy, ale głównie tym, jak bardzo można nie wykorzystać takiego potencjału. Zapraszam na moje wrażenia z adaptacji książki Alice Feeney.

fot. Netflix

„Zabójcza przyjaźń” (oryg. His and Hers) to kryminalny miniserial o morderstwie młodej kobiety w małym miasteczku, gdzie wszyscy mają sekrety, traumy i podejrzane spojrzenia w dal. Śledztwo poznajemy z dwóch perspektyw: Anny, reporterki relacjonującej sprawę, oraz Jacka, detektywa prowadzącego dochodzenie. Oj, oj… mam ogromny problem z tym miniserialem. Od pierwszych minut wygląda on jak klasyczny kryminał telewizyjny, który ktoś postanowił rozciągnąć do kilku odcinków, bo „tak teraz robi Netflix”. Schemat goni schemat a ja w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oglądam czegoś z popołudniowej ramówki, tylko w wersji HD. Relacje między bohaterami, narracja i nawet znakomici aktorzy zostają tu sprowadzeni do grania postaci, które mogłyby się nazywać: „Podejrzany nr 1”, „Podejrzana nr 2” i „Ten trzeci, co też coś ukrywa”.

Wątek kryminalny jest tak prosty, że momentami aż bezczelny. Zaczynamy z niezłym przytupem, jest obietnica twistów i napięcia, po czym bardzo szybko wjeżdżamy na autostradę leniwego pisania bez żadnych zjazdów. Polski tytuł też robi swoje — subtelność? Tajemnica? Nie znamy. Oryginalne „His and Hers” brzmi intrygująco, polska „Zabójcza przyjaźń” za to jak coś, co leci w telewizji w niedzielę o 15:20, tuż po programie kulinarnym. Obsada to osobny dramat. Dawno nie widziałam tak konsekwentnie zmarnowanego potencjału aktorskiego. Bernthal i Thompson robią co mogą, tylko że nie mają z czego. Nie ma chemii, nie ma napięcia, nie ma emocjonalnego haczyka. Dialogi są tak nijakie, że momentami brzmią jak placeholdery, a kiedy Tessa Thompson próbuje być mroczna i tajemnicza, efekt bywa bardziej „zła nauczycielka z podstawówki” niż niepokojący thriller psychologiczny.

fot. Netflix

Postać Anny przynajmniej ma jakąś traumę do przepracowania, natomiast Jack… cóż, Jack głównie chodzi, patrzy i próbuje nie zostać przyłapanym na romansie. Jeśli ktoś miał być tu podejrzanym numer jeden, to raczej nie wyszło. A ta cała podwójna narracja z ich perspektyw? Brzmi ambitnie, działa… w teorii, bo jej nie ma! Żeby nie było, serial ma jeden element, który faktycznie działa: zakończenie. Epilog jest zaskakująco dobry i naprawdę potrafi podnieść ciśnienie. Twist jest solidny, choć twórcy zostawiają wcześniej tyle okruszków, że uważny widz mógł je pozbierać bez większego wysiłku. Mimo wszystko, finał ratuje tę produkcję bardziej, niż powinien. Podsumowując: nie, to nie jest nowa „Mare z Easttown”. To raczej kryminał klasy B z ambicjami klasy A i wykonaniem na poziomie popołudniowej ramówki. Dla fanów niewymagających zagadek, proszę bardzo. Dla reszty? Netflix ma w swojej bibliotece znacznie lepsze kryminalne propozycje niż „Zabójcza przyjaźń”.

Dziękujemy Netflix za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.