Recenzje serialiWspółpraca

Tulsa King – Sezon 3 (Opinia bezspoilerowa)

Tulsa King” wniosło do kina gangsterskiego powiew świeżości czyli rzadko spotykany klimat country i galerię swojskich, charyzmatycznych postaci, obok których trudno przejść obojętnie. Cieszę się, że twórcy nie zwalniają tempa i konsekwentnie dostarczają kolejne sezony, które trzymają wysoki poziom, a trzeci sezon wręcz sygnalizuje, że jeszcze daleko nam do finałowego rozdziału!

Trzeci sezon zaczyna się pozornie niewinnie. Dwight zwęsza interes w prowadzeniu gorzelni i postanawia ją otworzyć, widząc w tym nie tylko szansę na zysk, ale także okazję do rozszerzenia swojej działalności poza Tulsę. Problem w tym, że interesem zarządza Jeremiah, przedstawiciel dobrze usytuowanej, wpływowej rodziny, który absolutnie nie zamierza ustąpić. Z niewinnego z początku konfliktu rodzi się zacięta walka, mająca wywrzeć realny wpływ na układ sił w mieście i życie bohaterów. I co najważniejsze nie jest to pusta obietnica fabularna. Podobnie jak wcześniej, sezon rozwija historię powoli, ale konsekwentnie, budując klimat, podkręcając napięcie i dbając, by każdy zwrot akcji miał odpowiednią siłę rażenia.

W nowym sezonie udało się stworzyć antagonistę, który działa zdecydowanie, bez zbędnego patyczkowania się i to nadaje fabule energii. Od początku wiadomo, że każda akcja pociągnie za sobą reakcję, a żadna strona nie będzie biernie czekać. Owszem, „duże” wydarzenia dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, ale każde z nich ma odpowiedni ciężar: od dynamicznych scen akcji, jak spalenie posiadłości, przez brutalną i przekonującą determinację gangów idących na wojnę, aż po emocjonalne uderzenia w momentach pożegnania bohaterów (niezależnie od ich statusu w historii). Najbardziej jednak trafiały do mnie walki drużyna kontra drużyna, bo właśnie tam najlepiej wybrzmiewało przywiązanie postaci, uliczne załatwianie spraw dopasowane do klimatu country oraz zaskakująco sensowna strategia, szczególnie w finałowej sekwencji, gdzie świetnie uchwycono zarówno mocne strony bohaterów, jak i ich braki.

fot. SkyShowtime

Największym niedosytem pozostaje jednak sam Jeremiah… Robert Patrick robi, co może i trzeba przyznać, że robi to świetnie. Jego rola ma siłę, charyzmę i odpowiednią intensywność, zwłaszcza w scenach z Dwightem czy jego synem, Cole’em. Problem w tym, że postaci brakuje porządnego tła. Serial nie pokazuje, skąd bierze się jej prestiż, ani jak funkcjonuje w społeczności. Brakuje scen prezentujących jego historię, poglądy czy konkretne wpływy, dlatego trudno w pełni uwierzyć w grozę, jaką wzbudza, gdy ludzie odsuwają się na jego widok. Na szczęście częściowo nadrabia to jego relacja z Cole’em. Robert Patrick i Beau Knapp stworzyli przejmujący obraz toksycznej, skomplikowanej więzi ojca i syna. Od pierwszych scen widać, że coś jest nie tak, a ich narastające emocje prowadzą do mocnych, świetnie rozegranych momentów fabularnych.

W tym miejscu warto wspomnieć o kolejnym mocnym punkcie sezonu czyli rozwoju postaci (coś co lubię). Twórcy potrafią wprowadzać nowe postacie z wyraźnym planem i konsekwentnie rozwijać je tak, by nie były jedynie symbolicznie odhaczone, lecz realnie włączone w fabułę, czego świetnym przykładem jest wspomniany Cole. Podobnie wypada rola Samuela L. Jacksona, ogłoszony tuż przed premierą sezonu wraz z zapowiedzią spin-offu poświęconego jego bohaterowi. Choć był to mały fabularny spoiler, łatwo to wybaczyć, bo rola Russella jest niemal skrojona pod Jacksona. Widać, że aktor bawi się tą postacią, a jego chemia ze Stallonem sprawia, że ich sceny przywołują na myśl stare kino akcji z ciętymi dialogami i surowym temperamentem. Jackson wypada tak dobrze, że chętnie zobaczę cały serial poświęcony jego bohaterowi.

fot. SkyShowtime

A jak poradzili sobie pozostali bohaterowie? Różnie… ale w większości pozytywnie! Większość postaci dostała wyraźne wątki służące ich rozwojowi, a nieoczywiste zestawienia tworzyły ciekawe sytuacje, szczególnie tam, gdzie dochodziło do konfliktów interesów, politycznych przetasowań czy odmiennych dróg osiągania celu np. duet Cal i Margaret w wątku politycznym Tulsy. Absolutnie się tego nie spodziewałem, a ich wspólne sceny okazały się jednymi z ciekawszych, świetnie poprowadzonych zarówno pod względem narracyjnym, jak i aktorskim. Neal i Dana mają między sobą niesamowitą chemię, potrafią świetnie stopniować napięcie, a momentami ich sceny były bardziej angażujące niż interakcje Dwighta z Margaret. Bardzo dobrze wypadł także Mitch, który od początku był dla mnie postacią z potencjałem, lecz niewystarczająco wykorzystaną. W tym sezonie w końcu dostał należne mu miejsce – poznajemy jego historię, widzimy jego rolę w rozwoju wydarzeń, a jego obecność nabiera wagi i charakteru. Mitch wręcz błyszczy w kluczowych momentach, a jego wątek romantyczny, dzięki naturalnej chemii z Bellą Heathcote, okazał się zaskakująco ujmujący. Również Bodhi i Tyson wypadli nieźle. Wyraźniej zaznaczyli swoje ambicje i niezależność, co dobrze podbudowało ich przyszły potencjał.

Nieco gorzej wypadają pozostałe postacie z głównej obsady. Niektóre po prostu „są”, wypełniają tło, zrobią małe zdanie, ale niewiele wnoszą do historii np. Grace, poza kilkoma żartami, nie zyskała w tym sezonie niczego znaczącego (a przynajmniej wartego zapamiętania), z kolei Bigfoot co prawda dokonał jednej czy dwóch istotniejszych decyzji, ale ostatecznie można łatwo zapomnieć o jego obecności (choć nadal ogląda się go z sympatią!)

Dziękujemy SkyShowtime za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.