Recenzje serialiWspółpraca

The Death of Bunny Munro (Opinia bezspoilerowa)

Do „The Death of Bunny Munro” podchodziłam z dużą dozą ostrożności. Opis zapowiadał gęsty dramat, no ale czego się nie robi dla Matta Smitha, prawda? Po seansie muszę przyznać: to było ciężkie i momentami bardzo dziwne doświadczenie, ale serialowy świat bez wątpienia potrzebował takiego powiewu świeżości.

Już od pierwszych minut dostajemy tu mocno specyficzny miks gatunkowy. Z jednej strony to smolista czarna komedia. Tytułowego bohatera trudno polubić, bo swoimi wyborami udowadnia, że za swój styl życia raczej nie dostanie statuetki wzorowego obywatela. Z drugiej strony serial uderza w naprawdę trudne tony jak chociażby śmierć żony Bunny’ego, napędzającej historię, ale podaje je zupełnie zwyczajnie, bez owijania w bawełnę. Przechodzą one niemal bez echa. Z każdym odcinkiem przeskoki między absurdem a dramatem przybierają na sile. I chociaż szybko zorientowałam się, że fabuła nie zmierza do jednego, konkretnego punktu, to w żadnym wypadku nie jest to strata czasu. To boleśnie dobitna dekonstrukcja ludzkiej duszy.

fot. SKyShowtime

Najciekawsze jest jednak to, co dzieje się w głowie samego Bunny’ego. To facet, który ma w nosie dosłownie wszystko i wszystkich. Robi, co chce, wzbudza kontrowersje i świetnie się przy tym bawi. Czasem zaśmiałam się absurdem sytuacji, częściej rzucałam w ekran czipsami, bo bohater irytował mnie. Ale do czasu. Wraz z kolejnymi przewinieniami otaczająca go rzeczywistość zaczyna zaciskać mu się na gardle. Matt Smith wyciąga ze swojego aktorskiego arsenału najcięższe działa, serwując nam obraz człowieka doszczętnie rozbitego. Człowieka, którego sumienie dogania o krok za późno, każda kolejne decyzja była kolejnym wstrząsającym strzałem wymagający zatrzymania serialu i przetrawienia tego. Finał odrywa się od wcześniejszej konwencji i jest brutalnym rozliczeniem. Dowodem na to, że czasem zwyczajnie nie da się już cofnąć czasu. Oglądając to, łapałam się na myślach: „O co tu w ogóle chodzi? Czy to serial dla mnie?”. I o ile ostatecznie nie jest to do końca moja bajka, o tyle w pełni doceniam kunszt tej produkcji. Branża potrzebuje takich autorskich, bezkompromisowych projektów, które pokazują dojrzałe podejście do najtrudniejszych tematów.

Na owacje na stojąco zasługuje główne trio: Matt Smith, Sarah Greene i młodziutki Rafael Mathé. Wyciągają ze swoich postaci absolutne maksimum, budując na ekranie niesamowicie wiarygodną i uderzającą więź. Świetnie odnajdują się też w skrajnie niekomfortowych sytuacjach. Rafael Mathé, wykazując się ogromną jak na swój wiek dojrzałością, genialnie ogrywa zagubienie chłopca, który trafia w miejsca, w jakich żadne dziecko nie powinno się znaleźć. Natomiast Matt Smith bezczelnie bawi się swoją rolą. W scenach komediowych celowo szarżuje, by wyjść na naczelnego antagonistę, a zaraz potem, samym spojrzeniem czy gestem, sprzedaje nam podrywacza, od którego po prostu nie można oderwać wzroku.

Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.