The Beauty (Opinia bezspoilerowa)
„The Beauty” ukazało się w bardzo ciekawym momencie, ponieważ główny motyw serialu mocno przypomina to, co zostało poruszone w głośnej „Substancji”. Ale spokojnie! To w pełni autorski projekt, w którym Ryan Murphy znowu szokuje, pozostając przy tym w 100% wiernym swojemu stylowi.
Serial zaczyna z grubej rury. Ot tak zostajemy rzuceni w sam środek akcji, gdzie pozornie piękna osoba zaczyna atakować wszystko wokół, aż ostatecznie wybucha w bezprecedensowy sposób. Ten początek dostarcza mocnych wrażeń, by po chwili nieco zwolnić tempo i naświetlić nam sprawę rozprzestrzeniającego się wirusa, który upiększa ludzi, ale… za pewną cenę. Do akcji wkraczają agenci FBI (Cooper i Jordan), którzy słusznie zakładają, że w przypadku skali takiego zjawiska nie ma mowy o zbiegach okoliczności, a ktoś musi pociągać za sznurki.

Ten wstęp kupił mnie całkowicie. Po mocnej dawce adrenaliny szybko przeszliśmy „do mięska”. Dostajemy solidne naświetlenie sprawy z różnych perspektyw, co błyskawicznie buduje szeroki obraz sytuacji. Całość uderza w bardzo współczesne i palące tematy: od akceptacji samego siebie, przez wpływ urody na nasz status zawodowy i społeczny, aż po bezwzględne machinacje korporacji, które bawią się ludzkim zdrowiem, by łechtać własne ego pod fałszywymi hasłami o „poprawie komfortu życia”. Wszystko to, sprytnie połączone, daje przerażająco realny obraz sytuacji. Serial zrywa z przyziemną konwencją, pokazując technologię wykraczającą poza nasze obecne możliwości (choć… czy aby na pewno?). Do tego dochodzi śledztwo, które mimo twardych dowodów niejednokrotnie napotyka na kłody pod nogami. Fabularnie spina się to w naprawdę wciągającą historię, a paleta bohaterów jest tak zróżnicowana (i dobrze przedstawiona), że dość szybko można się z nimi zżyć i ich problemami (po dwóch odcinkach miała swoich faworytów, ale Murphy do samego końca wprowadza bohaterów i wątki, które nie przechodzą bez echa, oj nie!).
Oczywiście nie zapominajmy, że to wciąż horror! I choć na pierwszym planie królują wątki obyczajowe, a na drugim brakuje tanich jumpscare’ów, to jednak dostajemy tu kilka scen rodem z rasowego body horroru, które wykręcały mój żołądek na wszystkie strony. Brawa za efekty specjalne. Zwłaszcza w momentach potwornych mutacji ludzi, gdzie wyginające się części ciała i brutalna fizjologia miały niesamowitą moc.

Dlaczego napisałam, że projekt zachowuje styl Murphy’ego? Bo choć punkt wyjścia jest dla niego dość nietypowy, produkcja szybko wjeżdża na jego ulubione tory. Po 2-3 odcinkach twórcy porzucają poważniejszy ton na rzecz podkręconej akcji. Dostajemy nieoczywiste duety bohaterów, więcej motywów społeczno-politycznych, a zwroty akcji przypominają najlepsze fanfiki, w których celowo przerysowuje się zachowania i motywacje postaci. I wiecie co? Nie ma w tym nic złego! Bawiłam się na tym przednio. Aktorzy wycisnęli z tej szalonej konwencji absolutne maksimum. Evan Peters rewelacyjnie sprawdza się w roli zdeterminowanego, sztywnego agenta. Świetnie odnajduje się w duetach (zwłaszcza z Rebeccą Hall i pewną drugą agentką, bez spoilerów!), łapiąc z nimi świetną chemię, a kiedy w scenach akcji trzeba pokazać pazur, robi to na medal. Jeremy Pope i Anthony Ramos stworzyli rewelacyjny, kumpelski duet. Mimo ich specyficznego usytuowania w fabule, świetnie oglądało się ich na ekranie i od razu chciało się im kibicować. Ashton Kutcher to absolutne wyróżnienie tego sezonu. Zagrał wiarygodnego, korporacyjnego miliardera z ambicjami, bardzo przypominającego gigantów z naszego realnego świata. Doskonale lawirował twarzami, właściwie do końca można było się pogubić, czy jest dobrodusznym zbawcą świata, czy jednak zachłannym psychopatą bawiącym się kosztem zwykłych ludzi.
Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

