Ted: Sezon 2 (Opinia)
Obejrzałem durgi sezon „Teda” i muszę przyznać, że ekipa Setha MacFarlane’a znowu dowiozła mnóstwo świetnej rozrywki. Nowe odcinki bez problemu utrzymały wysoki poziom i w wielu miejscach wręcz przeskoczyły poprzeczkę zawieszoną przez pierwszy sezon, choć umówmy się – powoli zaczyna być już tu widać lekkie zmęczenie materiału.
Największym zaskoczeniem i zarazem gigantycznym plusem tego sezonu jest rozbudowanie wątków reszty rodziny Bennettów. Rodzice Matty i Susan oraz kuzynka Blaire w końcu wyszli z głębokiego cienia głównego duetu. Susan to absolutna gwiazda tego rozdania, a jej akcja w odcinku więziennym totalnie rozwaliła system. To, jak wzięła na siebie odpowiedzialność i swoim uosobieniem zmieniła tamtejsze realia, budując wokół siebie unikalne więzi, oglądało się z wielkim bananem na twarzy. Nawet gburowaty Matty zyskał w końcu ludzkie, dające się polubić oblicze. Twórcy nie bali się też uderzyć w mocniejsze tony np. wątek aborcyjny potraktowano z zaskakująco dużą powagą, a gęsty, intensywny humor wcale nie przeszkodził w dowiezieniu mądrego i potrzebnego przekazu.

No i te odcinki koncepcyjne… czyste, żywe złoto! Trzeci epizod, czyli „Dungeons & Dealers”, gdzie cała rodzina siada do partyjki Dungeons & Dragons, to absolutny majstersztyk będący kwintensencją popkultury lat 90. Idealnie wypunktowano tam realia kultowego RPG, a humor i przepiękna scenografia fantasy siadły perfekcyjnie. Jarałem się zwłaszcza tym, że twórcy postawili na fizycznie stworzone kostiumy, a nie pójście na łatwiznę z tanim CGI, co potężnie podkręciło imersję podczas oglądania.
Serial wciąż świetnie balansuje między totalną wulgarnością a wielkim serduchem. Mamy tu tradycyjny festiwal sprośnych żartów, dowcipów o masturbacji czy wspólnym jaraniu ziółka, ale kiedy trzeba, historia potrafi nagle uderzyć w poważniejsze tony, jak męskie radzenie sobie z emocjami czy temat ciąży, co wyszło mega autentycznie. Wszystko to spina niezmienna, genialna chemia między bohaterami. Max Burkholder jako John ponownie zgarnia laury w roli napalonego 18-latka, którego widz po prostu uwielbia i mu kibicuje, a MacFarlane jako głos Teda tradycyjnie kradnie każdą scenę, ale…
…ucierpiała na tym ogólna odwaga serialu. W trakcie seansu miałem nieodparte wrażenie, że całość została trochę ugrzeczniona względem poprzedniego sezonu. Przez spadek intensywności i ostrości dowcipów zabrakło mi tych momentów, w których mogłem z czystym sumieniem powiedzieć: „no, teraz to pojechali po bandzie”. Przez to ugrzecznienie niektóre wątki przestały mieć to charakterystyczne jechanie na krawędzi, do którego nas przyzwyczajono.

Niewykluczone, że był to efekt zużycia materiału. Formuła oparta na przeklinającym miśku, który pali zioło z nastolatkiem, po dwóch filmach kinowych i dwóch sezonach serialu powoli traci urok nowości. Niektóre gagi zaczynają trącić wtórnością i wyglądają jak tanie chwyty oraz powtórki z rozrywki – nie mówiąc o przewidywalności (już od startu odcinka można przewidzieć zachowania bohaterów, na czym będą opierały się żarty). Z racji czasu akcji twórcy poszli na uzasadnione ustępstwa, ale nie tłumaczy to spoczywania na laurach.
Dziękujemy SkyShowtime za dostep. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

