Stranger Things: Sezony 1-4 (Opinia spoilerowa)
Mam ogromny sentyment do „Stranger Things”. To właśnie dla tego serialu rozpocząłem swoją przygodę z Netfliksem. Wykupiłem subskrypcję, namówiony słowami: „obejrzyj, to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam”. Pokochałem go od pierwszego odcinka, wiernie trwam przy nim do dziś. Jednak przez to, że od emisji pierwszego sezonu minęła już prawie dekada, pamięć bywa zawodna… Dlatego wróciłem po latach do sezonów 1-4, by ponownie się z nimi skonfrontować. Nadal uwielbiam wszystko to, za co kiedyś zakochałem się w tym świecie, ale z biegiem lat dostrzegłem również pewne wady i do nich odniosę się już w części spoilerowej.
Jednym z dwóch najmocniejszych punktów serialu jest fenomenalne odtworzenie lat 80., podkręcone klimatem grozy, który wniósł powiew świeżości do współczesnych produkcji. Lata 80. czuć tu na każdym kroku. Zarówno w zachowaniach bohaterów w różnym wieku, w pasjach chłopców potrafiących „stracić” cały dzień na D&D, jak i w obrazie dorosłych, którzy prowadzą spokojne, rodzinne życie, a rozrywką bywa dla nich drzemka na kanapie czy spotkania ze znajomymi na basenie, który sam w sobie staje się lokalną atrakcją. Dbałość o klimat obejmuje modę, szkolną codzienność, a wisienką na torcie jest kreacja otoczenia bohaterów np. trzeciosezonowe centrum handlowe pełne charakterystycznych lodziarni, butików i przebieralni czy salon gier z drugiego sezonu, będący pięknym ukłonem w stronę amerykańskich trendów, które w Polsce zawitały z opóźnieniem, ale w nadmorskich miejscowościach nadal można znaleźć ich pozostałości. Serial coraz śmielej igra z popkulturą tamtej dekady: pokazuje konkretne komiksy, nawiązuje do superbohaterów, a wszystko to podane jest w intensywnych pastelach i podkreślone muzyką o charakterystycznych dla epoki bitach, które zostają w głowie na długo.

Równie dobrze działa tu horrorowy klimat. Pierwszy sezon pozostaje najmocniejszy czyt. mroczna fabuła zaginięcia Willa buduje napięcie w każdym odcinku, ta nutką tajemnicy, a po obsadzie widać, jak głęboko odciska się na niej to wydarzenie. Joyce jest zdesperowaną matką z krwi i kości, Jonathan to zagubionym bratem, który chce dobrze, ale sam nie potrafi odnaleźć własnego miejsca. Odkrywanie tajemnicy prowadzi widza w naprawdę mroczne rejony. Choć nie zawsze są to pomysły całkowicie świeże, twórcy podchodzą do nich z energią i świadomością gatunku. Od wymyślenia własnego potwora, Demogorgona, który nawet w piątym sezonie potrafi wywołać gęsią skórkę samym wyglądem, po koncepcję Drugiej Strony, która z sezonu na sezon ewoluuje, tworząc spójną i ambitną mitologię. Jej przystępność wynika z dwóch prostych zabiegów: osadzenia jej w metaforach D&D, dzięki czemu nawet najbardziej abstrakcyjne idee stają się zrozumiałe i klimatyczne, oraz tłumaczeń fizyki kwantowej w wykonaniu nauczyciela Scotta na tyle prostych, że po prostu chce się im zaufać, nawet jeśli są nieco naciągane. Seria bardzo konsekwentnie podnosi poziom zagrożenia, nie unikając śmierci postaci, które dają się lubić np. Bob był sympatyczny, świetnie napisany i trudno było nie uronić łzy przy jego odejściu. Jednocześnie twórcy potrafią sensownie łączyć nowe elementy z wcześniejszymi sezonami, jak choćby powiązanie Vecny z przeszłością Jedenastki, co kompletnie wywróciło moje oczekiwania i nadało czarnemu charakterowi emocjonalnie zrozumiałą motywację (sam Vecna to Lord Voldemort „naszych, serialowych czasów” – ma w sobie „to coś”!). W tym sektorze wyłącznie przeszkadza „plot armor” głównych bohaterów – nieważne w jakich będą opałach, z jakimi potworami przyjdzie im walczyć, ponieważ zawsze, ale to ZAWSZE, wyjdą z tego cało – a nawet jeśli spotka ich lichy los to wrócą prędzej czy później o czym przekonał się Hopper.
Choć ogromnie cenię klimat grozy i sposób prowadzenia wątku „zła”, najsłabiej wypada tu trzeci sezon. Demogorgony i Łupieżca Umysłów zostały wyraźnie zepchnięte na bok, aby zrobić miejsce dla stworzonego z połączonych szczurów „roju-potwora”. Teoretycznie można odczytać go jako wariant Łupieżcy Umysłów, ale serial ani razu tego nie sugeruje, a powiązanie z Drugą Stroną staje się coraz trudniejsze do uchwycenia. W efekcie zagrożenie budowane przez poprzednie sezony zaczyna się rozmywać. Podobny problem mam z wątkiem „ruskich”, którzy wcześniej pojawili się jedynie mimochodem, a tu nagle stają się osią ogromnej konspiracji. A przecież nie mieli dostępu do szczegółów zaginięcia Willa. Wiedziała o tym tylko garstka osób, które trzymały język za zębami. Dlaczego więc Rosjanie mają tak dużą wiedzę o Drugiej Stronie? Takich fabularnych nieścisłości jest więcej, ale to trzeci sezon najbardziej je uwidacznia.

Prawdopodobnie „największą siłą serialu” są jednak postacie i obsada. Twórcy stworzyli niezwykle różnorodną galerię bohaterów, a casting jest praktycznie bezbłędny np. Millie Bobby Brown jest absolutnie autentyczna jako wycofana, zamknięta, lecz wewnętrznie silna nastolatka. Sadie Sink wnosi do serialu energię i charyzmę Max, która potrafi jednocześnie bawić i wzruszać. Winona Ryder stworzyła jedną z najsilniejszych kreacji serialu – Joyce w pierwszym sezonie ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko, operując emocjami z precyzją godną najlepszych dramatów. Cała obsada ma między sobą wyjątkową chemię. Widać to zwłaszcza w grupie Mike’a, Willa, Lucasa i Dustina, którzy swoją młodzieńczą energią kradli niemal każdą scenę, choć z czasem ten urok naturalnie przygasł. Nic dziwnego, że twórcy zaczęli dzielić bohaterów na mniej oczywiste duety, z których powstały relacje wręcz kultowe jak Steve i Dustin. Z pozoru dzielą ich wiek i charakter, ale razem tworzą niezwykle uroczy, wręcz „braterski” duet. Steve przechodzi dzięki temu najpiękniejszą przemianę w serialu – z początkowego „dupka” w porządnego, ciepłego gościa, z którym, jak to się mówi, „można konie kraść”. Nic dziwnego, że kariery większości aktorów eksplodowały po serialu, co odbiło się na emisji kolejnych sezonach.
Ewolucja bohaterów to jedna z największych zalet cyklu. Nancy, grana przez Natalie Dyer, przeszła imponującą drogę: od nieśmiałej, poukładanej uczennicy, do pewnej siebie, odważnej dziewczyny, która bez mrugnięcia okiem sięga po strzelbę, by stanąć naprzeciw Demogorgona. David Harbour z kolei stworzył kapitalną przemianę Jima Hoppera: od zasadniczego, zgorzkniałego szeryfa po ciepłego, choć wciąż porywczego „misia”, który najlepiej funkcjonuje u boku Jedenastki. Ich relacja ojca i córki jest jedną z najpiękniejszych emocjonalnych osi całego serialu.
Niestety, przy bohaterach warto wspomnieć również o problemach z tempem prowadzenia wątków. Wiele motywów pojawia się na początku sezonu tylko po to, by zniknąć na długi czas i wrócić w najmniej odpowiednim momencie np. wątek „siostry Jedenastki”, który zostaje porzucony bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, czy postać ojca Willa obecna w pierwszym sezonie, próbująca odbudować relację z rodziną, po czym nagle znika i serial już nigdy o nim nie wspomina. Te elementy wypadają słabo, naciąganie i zaburzają spójność opowieści.
Dziękujemy Netflix za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


