Stranger Things – Finałowy sezon (Opinia spoilerowa)
„Stranger Things” to dla mnie bardzo długa kampania w D&D. Taka, w której dorastałem razem z bohaterami, przeżywałem ich wzloty i upadki, ekscytowałem się światem Hawkins, a demogorgony i Vecna wierciły mi się w głowie długo po seansie (aż zapisało się to w moim TOP3 horrorów!). Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, o czym jest finałowy sezon. Nikt nie wchodzi w niego z marszu, a zakończenie poprzedniego wyraźnie wskazało kierunek. Zostaje więc jedno pytanie: czy ostatni sezon nie tylko sprostał oczekiwaniom, ale przede wszystkim jak domknął historię drużyny z Hawkins?
I trzeba oddać twórcom jedno – stawka ustanowiona w czwartym sezonie została udźwignięta, a nawet sensownie podbita. Serial śmielej eksploruje Drugą Stronę i w końcu porządkuje to, czym ona właściwie jest i jakie ma znaczenie. Ujawnione fakty realnie podnoszą ciężar sytuacji, a twórcy sprytnie żonglują popularnymi pojęciami z fizyki, żeby wszystko trzymało się kupy i co najważniejsze było spójne z wiedzą zdobywaną przez bohaterów na przestrzeni sezonów (pozdrowienia dla Scotta, najlepszego nauczyciela ever). Koncepcyjnie nie jest to nic innowacyjnego, twórczego, ale dla realiów serialowych jest to bardzo złożone wyjaśnienie, podczas którego miałem opad szczęki, bo zmieniło to spojrzenie na wcześniejsze wydarzenia i realnie odczułem skalę sytuacji. Ogromnym plusem jest też rozwinięcie przeszłości Vecny. Nadanie „złemu” konkretnego tła nie tylko tłumaczy jego motywacje, ale też odpowiada na pytania nurtujące od drugiego sezonu np. relację Vecny z Łupieżcą Umysłów, który przez długi czas zdawał się znikać bez śladu. Co najlepsze, wiele z tych odpowiedzi miało swoje subtelne zapowiedzi we wcześniejszych sezonach, co docenią widzowie lubiący grzebać w detalach. A ujawnienie tych informacji nie było zwykłym rzucaniem faktów, tylko dobrze ogranę fabularnie kwestią wokół, której toczył się osobny wątek napędzający wydarzenia i dający przestrzeń, żeby inni bohaterowie mogli zabłysnąć np. Holly, która wyszła na prowadzenie w rankingu „fajnych postaci”.

Przed finałową potyczką wszystko zostaje jasno postawione na stole, bez potrzeby późniejszego tłumaczenia się w wywiadach. Klimat? Wyraźnie mroczniejszy, poważniejszy, idealnie pasujący do nadciągającej bitwy. Co prawda… pojawiają się momenty lżejsze, bardziej kolorowe, szczególnie pod koniec, ale to potrzebny ukłon w stronę korzeni serialu, które pokochałem na samym początku i przypominająca, że horror nie musi wyłącznie być opowiadany w ciemniej palecie tylko swobodniej można ugryźć konwencję (co by nie było, od samego początku mowa o D&D, które rządzi się swoimi prawami, prawda?). Sama finałowa konfrontacja dała mi masę frajdy. Było epicko, czytelnie i bardzo „erpegowo”: jasno rozpisane role, cele do osiągnięcia i każda postać stająca na wysokości zadania np. od Steve’a, którego twórcy nadal umiejętnie wykorzystują do wyciskania emocji, po Nancy, która wjeżdża na pełnej jako totalna badasska, przyćmiewając przy okazji partnera pozostającego nadal boleśnie bezużytecznym. Co ciekawe, nawet na tym etapie serial nie tylko domyka wątki, ale też delikatnie rozbudowuje grunt pod ewentualne spin-offy. Widać to po podejściu do postaci np. główni bohaterowie dostają zamknięcia niewymagające dalszych dopowiedzeń, a jednocześnie rozwijane są postacie dotąd drugoplanowe jak wcześniej wspomniana Holly (siostra Mike’a), która przestaje być tłem, albo wprowadzane zupełnie nowe jak Darek, którego charyzma sprawiła, że… cóż, moja tablica na Facebooku była nim dosłownie zawalona.
Finałowy sezon wyjątkowo mocno obnaża swoje wady. Takie, obok których trudno przejść obojętnie, a na pewne kwestie nie można przymknąć okiem jak wcześniej. Przede wszystkim ilość naciąganej akcji pozbawionej logiki, nawet w ramach wykreowanego świata np. butla z gazem, która jakimś cudem mieści się w pralce, a przynosi ją ledwo stojąca na nogach matka Mike’a, zachowując przy tym absolutną ciszę w otoczeniu Demogorgonów (mistrzyni!). Zgrzytały mi też patetyczne, rzekomo przełomowe momenty dla wybranych bohaterów, rozbijane o rozwlekłe monologi w najmniej odpowiednich chwilach. Akcja nagle staje w miejscu, świat zamiera, a prawa fizyki idą na urlop. Te sceny mogłyby wybrzmieć znacznie lepiej, gdyby postacie skupiły się na esencji przekazu zamiast tłumaczyć widzowi oczywistości kosztem tempa. Najbardziej jednak bolał mnie brak chemii między główną grupą „dzieciaków”. W poprzednich sezonach ich relacja była naturalna i ciepła. Każde spotkanie emanowało przyjaźnią. W finale dominuje mrok, spięcie i ciężar, który sprawia, że ich wspólne sceny są przytłaczające, a Nastka była odrzucająca spiętą miną w każdej scenie (nie zapominając o wyłącznym skupieniu się na sobie, ale to można zarzucić każdemu „głównemu dzieciakowi”). Dla kontrastu mamy ekipę Nancy, Robin, Jonathana i Steve’a, którzy nawet w najgorszych momentach potrafią rozładować napięcie i okazać sobie autentyczne zainteresowanie.

Do tego dochodzi problem z niedopowiedzianymi wątkami w tle. Przez niemal cały sezon nie wraca temat ojca Mike’a po ataku Demogorgona, a o Susie nie pada ani jedno słowo, co kompletnie nie klei się z intensywnością jej relacji z Dustinem i jego rozwojem w tym sezonie (to nie wszystkie kwestie, wymieniłem najbardziej rzucające mi się w oczy). Na koniec zostaje jeszcze przeciągnięty epilog trwający blisko 40 minut, z czego większość to rozwlekłe rozmowy o niczym. Zdecydowanie lepiej sprawdziłoby się skondensowanie tej części do kilku minut, podane w nastrojowej muzyce, która skuteczniej oddałaby upływ czasu, emocje bohaterów i symboliczne domknięcie tej historii.
Dziękujemy Netflix za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


