Recenzje seriali

Sterling Point (Opinia bezspoilerowa)

„Sterling Point” to kolejny serial young adult Amazona, który coraz śmielej poczyna sobie w tej kategorii. Szczerze, ostatnio mam wrażenie, że Amazon uparł się, żeby zekranizować połowę BookToka, ale to już inna para kaloszy 😉 Dziś parę słów o „Sterling Point”, serialu tak bardzo booktokowym, jak tylko można być, a jednocześnie powstałym na podstawie oryginalnego scenariusza Megan Park.

17-letnia Annie i jej brat bliźniak Connor dziedziczą po swoim zmarłym dziadku wyspę w Kanadzie, której istnienie dopiero niedawno odkryli. Annie rzuca wszystko w Nowym Jorku i wyrusza do Kanady, by poznać rodzinne tajemnice. Na miejscu odkrywa, że przeszłość jej rodziny skrywa znacznie więcej, niż mogła przypuszczać, a pojawienie się niespodziewanej siostry zmieni życie nie tylko jej, ale i całej rodziny.

fot. Prime Video

„Sterling Point” to tego rodzaju serial, który po prostu jest. Nie można się do niego za bardzo przyczepić, ani scenariuszowo, ani aktorsko a zarazem nie ujmuje za serce, nie wciąga jak czarna dziura i nie oczarowuje postaciami na tyle, żeby je pokochać albo znienawidzić. Jest przyjemną produkcją, którą spokojnie można obejrzeć przy obiedzie, podczas prasowania czy wykonywania jakiejkolwiek innej czynności. Nie będziecie się nudzić, ba, momentami będziecie się nawet dobrze bawić, ale cały czas brakuje tu tego „czegoś”, co naprawdę chwyta za serce.

Scenariuszowo jest poprawnie, aczkolwiek im dalej w las, tym bardziej akcja zaczyna przypominać wątki rodem z telenoweli. Nie razi to jednak aż tak bardzo, bo serial jest prowadzony w bardzo spokojny, momentami wręcz mało dynamiczny sposób. Akcja rozwija się powoli i właściwie cały czas mamy wrażenie, że wszystko dzieje się bez większego pośpiechu. Dzięki temu nawet bardziej telenowelowe pomysły nie wywołują odruchu przewracania oczami, po prostu przyjmujemy kolejne wydarzenia i oglądamy dalej.

fot. Prime Video

Bohaterowie i ich relacje są poprawne. I tylko tyle. Chyba właśnie to stanowi największy problem tego serialu. Mamy tutaj przecież dramy miłosne, jak na młodzieżówkę przystało, ale są one przedstawione w taki sposób, że choć bohaterowie mocno je przeżywają, my jako widzowie odbieramy je dość stonowanie. Brakuje emocji, które sprawiłyby, że zaczynamy naprawdę kibicować konkretnym parom albo przeżywać ich problemy razem z nimi.

Najmocniejszą stroną „Sterling Point” jest zdecydowanie relacja Annie i Ramony. Właściwie największą przyjemność podczas oglądania sprawiało mi obserwowanie, jak ta relacja się buduje i stopniowo zmienia. To również sprawia, że właśnie Annie i Ramona są najbardziej wyrazistymi postaciami całej produkcji. Reszta bohaterów trochę ginie w tle i jest niemal idealnie wkomponowana w tę nijakość serialu. A szkoda, bo aż prosi się tutaj o kilka naprawdę ciekawych relacji. Mamy grupę młodych ludzi, rodzinne tajemnice, nowe środowisko, różne charaktery i mnóstwo możliwości, żeby zbudować między nimi coś interesującego. Tymczasem większość tych relacji pozostaje gdzieś na drugim planie.

fot. Prime Video

Aktorsko jest równie przeciętnie. I znowu, nie zrozumcie mnie źle, tam nikt nie gra źle, po prostu mało kto naprawdę się wyróżnia. Wyjątkiem jest chyba Amélie Hoeferle jako Ramona, która potrafi ukraść każdą scenę, w której się pojawia. Ma w sobie coś, co od razu przyciąga uwagę, dzięki czemu jej postać zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć. Młoda obsada jest naprawdę spoko. Bo Bragason i Ella Rubin świetnie dają sobie radę i zdecydowanie mają potencjał, żeby jeszcze pokazać się z dobrej strony. Jednocześnie właśnie przy takich aktorach jak Jeffrey Dean Morgan widać, jak bardzo marnuje się tutaj potencjał obsady. Facet ma potencjalnie ciekawą rolę, ogromną charyzmę i doświadczenie, ale scenariusz po prostu nie daje mu zbyt wiele do grania. A marnowanie aktora z taką charyzmą powinno być karalne. I tyle. 😂 No i jest jeszcze Nikko Angelo Hinayo, który jest tak przeuroczy, że pozostaje tylko wsadzić go do kieszeni i zabrać do domu. <3

I chyba właśnie z tym mam największy problem, „Sterling Point” ma wszystko, czego potrzeba przyjemnej młodzieżowej produkcji, ale nie ma własnego charakteru. Ogląda się go dobrze, kolejne odcinki mijają całkiem szybko, ale kiedy pojawiają się napisy końcowe, nie zostaje z nami właściwie nic, co sprawiałoby, że chcielibyśmy natychmiast wrócić do tego świata. Ale nie zrozumcie mnie źle, wbrew mojej trochę surowej ocenie serial był naprawdę przyjemny i dobrze spędziłam z nim czas. Nie jest to produkcja, która mnie zachwyciła czy zostanie ze mną na długo, ale zdecydowanie nie żałuję poświęconego jej czasu. I właśnie dlatego, mimo wszystkich moich „ale”, liczę na drugi sezon i naprawdę na niego czekam! ❤️