Spartakus: Dom Aszura (Opinia bezspoilerowa)
„Spartakus” to u mnie absolutny klasyk i fundament mojej serialowej zajawki. Krew, charyzmatyczni bohaterowie, gęste intrygi i odważne sceny erotyczne to był gigantyczny krok naprzód dla całej branży, ale i mojego hobby pokazując jak treściwe potrafi być to medium. Nawet dziś ogląda się to z wypiekami na twarzy i zaryzykuję stwierdzenie, że obecnie takich produkcji już po prostu nie robią (a jak już to od święta). Nic więc dziwnego, że gdy na horyzoncie pojawił się „Spartakus: Dom Aszura” to od razu zwrócił moją uwagę…
…choć początkowo byłem nastawiony sceptycznie. Reanimowanie martwego bohatera z oryginalnej serii (za którym zresztą nieszczególnie przepadałem) śmierdziało absurdem. I faktycznie, pierwsze minuty mocno zgrzytają. Wprowadzenie alternatywnej osi czasu i boskich interwencji to przekombinowany zabieg, którego to uniwersum zwyczajnie nie potrzebowało (wręcz miałem w głowie „WTF” po pierwszych minutach). Na szczęście z każdą kolejną minutą, każdym kolejnym odcinkiem, jest już tylko lepiej. Powraca stary, dobry klimat: budowanie wpływów, brudne zagrywki i krwawe roszady na arenie, w których ludzkie życie to tylko pionek. Z perspektywy Aszura możemy od podszewki poznać mechanizmy handlu niewolnikami czy biznesowe układy między ludus. Serial szybko przeskakuje z samych walk na arenę polityczną, tkając intrygę na tyle gęstą, że na pewno nie zamknie się ona w jednym sezonie. Sojusze i spiski potrafią zaskoczyć, zwłaszcza gdy do gry wkracza Cezar, który dopiero buduje swoją legendę. Czasem fabuła leci na starych schematach z oryginalnego „Spartakusa”, ale twórcy robią to tak solidnie, że kompletnie to nie przeszkadza i czuć w tym własny charakter, przez co wciągnąłem się na 100%!

Niestety, żeby cieszyć się seansem, trzeba czasem przymknąć oko na logikę. Najbardziej uderza metamorfoza głównego bohatera. Aszur zawsze był przebiegłym manipulatorem, ale nigdy wybitnym wojownikiem na poziomie Spartakusa czy Kriksosa. W nowej serii zrobiono z niego chodzącego Terminatora, który w każdej walce dominuje „ot tak”. Zgrzyta też trochę przerysowana poprawność historyczna: gladiatorki i osoby niskorosłe pojawiają się w takich ilościach, że aż dziwi, dlaczego nie było ich w oryginale (oczywiście występowali historycznie, ale czy aż z taką intensywnością?). Do tego dochodzi usilne pushowanie pewnych postaci np. Aszur niemal od razu upiera się, że Achilla zostanie wielką mistrzynią, co na wczesnym etapie fabuły brzmi po prostu jak wymuszony scenariuszowo element pod współczesne trendy, który broni się tym, że bohaterka potrzebuje kilku odcinków zanim nabierze krzepy (od zera do mistrza areny).
Mimo tych potknięć, klimat „Spartakusa” został w pełni zachowany. Mamy tu piękne i zróżnicowane kostiumy, świetnie napisane wątki poboczne postaci i fenomenalną choreografię walk – przemoc wciąż wgniata w fotel, a dzięki lepszemu operowaniu kamerą i nowocześniejszym efektom specjalnym (koniec z nadużywaniem taniego slow motion!) starcia wyglądają epicko. Nie zabrakło też znaków firmowych serii, czyli odważnych scen seksu. Można debatować, czy to natężenie jest fabularnie uzasadnione, ale nie oszukujmy się – narzekał nie będę jak na typowego faceta przystało!

Aktorsko to absolutna czołówka. Nick Tarabay w roli Aszura bawi się wyśmienicie, świetnie łącząc rolę brutalnego gladiatora z podstępnym uwodzicielem. Ekipa gladiatorów (Tenika Davis, Jordi Webber, Graham McTavish, Dan Hamill) odwaliła na treningach kawał niesamowitej roboty, co widać w każdej scenie na arenie (polecam rzut okiem na materiały zakulisowe). Słowa uznania lecą też do Jamaicy Vaughan i Ivany Baquero za odwagę i chemię na ekranie. Jednak dla mnie aktorskim peakiem serialu są Jackson Gallagher jako Cezar i Jaime Slater jako Kornelia. Stworzyli genialne, wyraziste role przebiegłych liderów, którzy jednym skinieniem dłoni rozstawiają figury na politycznej szachownicy.
Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

