Gry serialowe

Pokémon Unite (Opinia)

Kolejna MOBA? Skok na kasę? To były moje pierwsze myśli po ogłoszeniu „Pokémon Unite”, bo trudno zaoferować coś świeżego i jakościowego w gatunku pełnym podobnych tytułów. I muszę uderzyć się w pierś, bo po kilku pierwszych rozgrywkach okazało się, że „Pokémon Unite” to świetna alternatywa dla uwielbianego przeze mnie „League of Legends”, tyle że nastawiona na szybkie, dynamiczne mecze idealne na krótkie posiedzenia.

Model rozgrywki jest na tyle prosty, że nie wymaga nadmiernego tłumaczenia: wybieramy stworka, zdobywamy poziomy walcząc z dzikimi Pokémonami lub przeciwnikami, a następnie… i tu pojawia się istotna różnica – zbieramy punkty i „zbijamy” nimi pola rywali. Mecz kończy się po upływie określonego czasu, a wygrywa drużyna z większą liczbą punktów. Luźne mecze trwają maksymalnie 5 minut, rankingowe do 10, i już ta formuła bardzo mi się spodobała, bo szukałem czegoś takiego czyt. krótkiego i w określonej długości, coś co w natłoku obowiązków jest niezobowiązujące i wieloosobowe, co da się rozegrać od ręki i z góry wiedzieć, ile czasu zajmie. „Pokémon Unite” spełnia tę potrzebę idealnie (nie licząc wyszukiwania graczy, które zazwyczaj trwa do minuty).

fot. Nintendo

Sama rozgrywka ma niski próg wejścia, a jej przebieg jest na tyle intuicyjny, że po jednej partii można zrozumieć większość zasad. Zarówno zdobywanie doświadczenia, jak i sposób punktacji czy podstawy walki. Starcia są dynamiczne już od pierwszego poziomu i zaskakująco zróżnicowane dzięki indywidualnym zestawom ataków. Nawet Pokémony tego samego gatunku potrafią różnić się pulą ruchów, a te same ataki mogą mieć odmienne animacje czy drobne właściwości. Opanowanie podstaw jest proste, ale wrażenie pogłębia fakt, że część postaci ma bardziej złożone mechaniki np. Greninja dzięki klonom potrafi łatwo uciec z opresji lub wyrównać szanse w starciu z dwójką przeciwników, Charizard robi imponujące wrażenie „ultem” zabierającym przeciwnika w przestworza, a Darkrai potrafi siać zamęt tworząc pola z wyskakującymi z ziemi rękami (chyba najlepiej zaprojektowany Pokemon umiejętnościami – czuć, że to legendarny stwór!). Do tego większość Pokémonów ewoluuje wraz ze zdobywanym poziomem, a ich ataki często zmieniają się lub wzmacniają – zgodnie z duchem serii. Szkoda jedynie, że twórcy nie dali większej swobody w wyborze zachowywanych umiejętności.

Oczywiście rozgrywce daleko do ideału… Każdy atak jest opisany ścianą tekstu, którą lepiej poznać wcześniej, bo w trakcie meczu nie ma na to czasu. Role Pokémonów są słabo zarysowane, przez co „strategia” sprowadza się do nieustannej walki, a współpraca między graczami praktycznie nie istnieje. Wybór ścieżki jest raczej symboliczny. Balansu również brakuje – część Pokémonów potrafi w dwie sekundy zdjąć 3/4 paska życia i nie da się tego wyrównać żadnym sprytnym zagraniem. Brak klasycznych itemów też nie pomaga. Sam wielokrotnie doświadczałem tego grając Gengarem, którego w wielu meczach dało się grać niemal solo przeciwko całej drużynie, niezależnie od trybu. Ciekawym rozwiązaniem są natomiast przedmioty podnoszące statystyki konta. Możemy nimi modyfikować np. proporcje między atakiem a pulą życia. To świeży pomysł, którego nie spotkałem w innych grach, choć trudno mi ocenić jego realny wpływ na mecze, bo nawet po eksperymentach nie odczułem większej przewagi lub jej braku, ale nie mówię nie – nie jestem graczem, który matematycznie wlicza się w statystyki.

fot. Nintendo

Na szczęście tam, gdzie pojawiają się wady, często kryją się też zalety, a jedną z największych jest duża liczba trybów i map, regularnie rotujących, co utrudnia popadnięcie w monotonię. W luźnych grach mapy zmieniają się co kilka dni i oferują sporą rotację darmowych Pokémonów, co pozwala testować je przed zakupem. Tryby różnią się od siebie symbolicznie, ale potrafią miło zaskoczyć: na Halloween można było przemieniać przeciwników w dynie, a w innym trybie, po pokonaniu Pokémonów z dżungli, tymczasowo przyjmować ich wygląd i ataki np. można było zostać choćby Zapdosem czy Articuno. Mapy są bardzo estetyczne, klimatyczne i pełne nawiązań do serii – od motywów pogodowych po detale związane z regionami Pokémonów. Gra jest cały czas rozwijana przez twórców, o czym świadczą nie tylko regularne wydarzenia, ale częste dodawanie nowych stworków czy iście w duchu za trendami z anime/gier, to samo widać po aktualizacjach „naprawiających balanse między stworkami” czy pomniejsze błędy (tych nigdy nie uświadczyłem). W momencie pisania tekstu jest 31 sezon i widać, że po tym czasie twórcy wyrobili własny charakter gry i daleko jej do powiedzenia „cześć, to wszystko co mamy do zaoferowania”.

Gra porządnie wypada od strony audiowizualnej. „Pokémon Unite” działa płynnie niezależnie od urządzenia (telefon lub Nintendo Switch 1/2) zarówno w menu, jak i na polu walki niezależnie od natężenia ilości graczy/stworków czy akcji (stała ilość klatek). Modele stworków i otoczenia są proste, animacje często drętwe, ale całość wypada porządnie w przyjętej konwencji, spójnie między sobą bez „słabszych momentów”, do tego mapy są bogato zagospodarowane, Pokemony są zaprojektowanie tak jak powinny, wizualizacje ataków mają swoją siłę… także jestem zadowolony, dokładnie tego oczekiwałem i nie mam do czego się przyczepić poza głosami Pokemonów, które podobnie jak w głównych grach wydają specyficzne brzmienia (nawet uwielbiany Pikachu) – momentami wywołujące gęsią skórkę.

No i na koniec temat, który budzi największe emocje w grach free-to-play czyli mikropłatności! Jest ich dużo i od pierwszego uruchomienia gra zalewa powiadomieniami o promocjach i wydarzeniach. Ceny są wysokie jak na polski rynek, choć elementów kosmetycznych jest naprawdę sporo: od personalizacji avatara (bardzo fajny bajer, bo możliwości są ogromne), po skórki dla Pokémonów. Stety lub nie, większość skórek to „przekombinowane” wariacje, nierzadko kompletnie nieobecne w mandze czy anime, choć warto dodać, że niektóre z nich są naprawdę świetne np. kosmiczny Gengar to mój ulubieniec (wygląda obłędnie i ma świetne animacje!). Ciemniejszą stroną są jednak ceny samych Pokemonów… można je zdobyć za walutę z gry, ale jej tempo farmienia jest tak powolne, że potrzeba kilkunastu godzin, by kupić jedną nowszą postać, więc idąc na „skróty” można to odczuć na koncie bankowym… Ratuje to na szczęście duża liczba wydarzeń, które oferują różne waluty przyspieszające zakupy, choć i tu twórcy zasługują na naganę za „tymczasowe skiny”, które działają przez kilka godzin, po czym znikają. Z jednej strony to fajna okazja, by przetestować wygląd w praktyce, z drugiej odbiera to satysfakcję z kolekcjonowania i wygląda dość nieelegancko.