Recenzje serialiWspółpraca

Oblubienica czarnoksiężnika – Sezon 1 (Opinia bezspoilerowa)

Oblubienica czarnoksiężnika” to anime, które bardzo świadomie nie próbuje być „dla wszystkich”. To historia powolna, melancholijna i często bardziej skupiona na emocjach niż na zadbaniu o to by fabuła pędziła z każdym odcinkiem. I właśnie dlatego albo się w nią wpada bez reszty, albo kompletnie od tego tytułu odbija. Po której jestem stronie? Doczytajcie żeby się przekonać!

Chise Hatori to nastolatka, która od lat funkcjonuje jako nikomu niepotrzebna. Porzucona, wykorzystywana i pozbawiona stabilnego miejsca w świecie, trafia na aukcję, gdzie zostaje kupiona przez tajemniczego czarnoksiężnika Eliasa Ainswortha. Już sam ten początek nie brzmi jak klasyczna bajka i faktycznie nią nie jest. Choć przyznam, że moje pierwsze skojarzenie to krzyżówka z „Kopciuszkiem” i „Piękną i Bestią”. I jak się okazuje, w najbardziej poruszającym aspekcie do mojego ukochanego filmu studia Ghibli czyli „Ruchomego zamku Hauru”. Czemu? Chise jest bohaterką podobną do Sophie. Cicha, z niską samooceną, momentami wręcz zgaszona – i to nie jest przypadek, tylko fundament jej postaci. Jej rozwój nie polega na nagłej przemianie w silną wojowniczkę, ale na stopniowym uczeniu się jak przy odpowiedniej osobie i wsparciu rozkwitnąć, znaleźć wewnętrzną siłę i pokochać siebie.

fot. Canal+

O czym warto wspomnieć, historia nie rozwija się tu w typowy, liniowy sposób. Zamiast jednego głównego celu dostajemy serię mniejszych, często bardzo kameralnych opowieści osadzonych w świecie pełnym magii i istot balansujących między pięknem a niepokojem. To bardziej podróż z kilkoma przystankami, które mają znaczenie. Bohaterka poznaje na swej drodze różne istoty, które są sprzymierzeńcami albo stanowią dla niej lekcję – przez co opowieść sprawia wrażenie dobrze przemyślanej. Najważniejszy wątek dotyczy jednak stopniowego odzyskiwania przez Chise poczucia, że jej życie ma jakąkolwiek wartość. Z jednej strony obserwowanie tego procesu było wzruszające, ale z drugiej trudne widząc jak jest poturbowana przez życie. Przez większość seansu miałam ochotę ją przytulić. Elias z kolei to jedna z bardziej nieoczywistych postaci. Z jednej strony opiekuńczy, momentami wręcz czuły na swój sposób, z drugiej emocjonalnie zdystansowany i nie do końca rozumiejący ludzkie relacje.

Ogromną rolę odgrywa tu klimat. Świat przedstawiony przypomina połączenie brytyjskiego folkloru z baśnią, ale taką, gdzie mimo wszystko lepiej mieć się na baczności. Magia nie jest tu widowiskowa w typowym sensie, częściej jest dziwna, niepokojąca albo po prostu się wyróżnia. Anime bardzo dobrze balansuje między pięknem a subtelnym niepokojem, przez co trudno jednoznacznie określić jego ton. Wizualnie „Oblubienica czarnoksiężnika” stoi na bardzo wysokim poziomie. Tła są dopracowane, świat wygląda tak, że aż miałam ochotę się tam przenieść, a projekty istot magicznych często robią spore wrażenie. Znajdziecie tu wróżki, smoki, zjawy, zmiennokształtnych a nawet kocią krainę. Magia jest pokazana w sposób elegancki, ale nieprzesadzony, co dobrze pasuje do całego tonu historii. Soundtrack również świetnie współgra z nastrojem jest delikatna, melancholijna i raczej podkreśla emocje niż je narzuca. A opening… powiem tyle: leciał w zapętleniu tak często, że sąsiedzi pewnie sami śpiewają pod nosem. Uwielbiam kiedy muzyka aż tak pasuje do opowieści, że jest w stanie zachęcić do seansu.

fot. Canal+

Starając się być bardziej krytyczną, myślę że dla szerszego grona największym problemem w „Oblubienicy czarnoksiężnika” może być tempo, które nie tylko jest wolne, ale momentami sprawia wrażenie wręcz celowo spowalnianego. Są odcinki (albo fragmenty), w których bardzo niewiele realnie posuwa fabułę do przodu i wszystko opiera się na atmosferze. To będzie działać, jeśli ktoś lubi „zanurzenie w świecie”, ale w przypadku gdy widz oczekuje akcji – pojawi się frustracja. No i jest też pewna nierówność w strukturze opowieści. Anime jak już wspomniałam składa się z wielu epizodycznych wątków, które bywają bardzo różne. Niektóre historie drugoplanowych postaci są emocjonalnie mocne i zostają w pamięci na długo, ale inne kończą się dość szybko i nie mają takiego samego ciężaru. Przez to całość potrafi być trochę „poszarpana” jakby nie wszystkie elementy tutaj miały równą wagę. Poza tym świat przedstawiony choć przykuwa uwagę, wprowadza dużo terminologii, istot i zasad działania magii. Zdarza się, że pewne elementy są tłumaczone dopiero po czasie albo bardzo „przy okazji”, co może powodować chwilowe zagubienie.

Podsumowując, ja „Oblubienicę czarnoksiężnika” jak najbardziej polecam. Z tym, że nie każdemu. Choć serce krzyczy, żeby obejrzeli wszyscy. Powiedziałabym, że to jak z „Violet Evergarden” – jednych zachwyci, innych może nudzić. Zależy czego się szuka. To nie jest anime dla osób szukających intensywnej akcji czy szokujących zwrotów fabularnych. Ale jeśli ktoś lubi historie, które bardziej się przeżywa i chłonie oraz świat, który działa przede wszystkim atmosferą, ten tytuł potrafi moim zostawić bardzo trwały ślad. I właśnie w tej spokojnej, nieśpiesznej formie tkwi jego największa siła.

Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na treść.