Recenzje serialiWspółpraca

Naruto: Rozdział 2 (Opinia spoilerowa)

Drugi rozdział w „Naruto” od pierwszych sekund pokazuje dokładnie ten bezkompromisowy pazur, za który uwielbiam tę serię. Kontynuacja egzaminu na chunina rzuca nas w sam środek Lasu Śmierci, który zamienia się w krwawe, genialnie zaaranżowane Battle Royale. Drużyny walczące o zwoje i przetrwanie to absolutny majstersztyk planowania fabuły. Twórcy nigdzie się nie spieszą. Dają opowieści oddychać, dzięki czemu każda z dziesiątek wprowadzonych postaci dostaje swoje pięć minut. A różnorodność tych bohaterów (od unikalnego wyglądu, przez techniki, aż po nieprzewidywalne zachowania) to na razie zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Las Śmierci to iście kamień milowy tej historii. To tutaj Naruto i Sasuke zaliczają potężne skoki rozwojowe, a pojawienie się tajemniczego Orochimaru otwiera drzwi do wątków, których kierunku nie jesteście w stanie przewidzieć. Czuć, że seria błyskawicznie dorasta, gęstnieje i przestaje się cackać z bohaterami – na ekranie padają pierwsze, prawdziwe ofiary.

Jednak prawdziwe, soczyste mięsko dostajemy dopiero w kolejnym etapie, czyli w bezwzględnych walkach jeden na jeden. Dla mnie to absolutny top całego anime, a stoją za tym trzy kluczowe powody:

  1. Po raz pierwszy oglądamy pełnoprawne, brutalne starcia, które są genialnie przeplatane mocnymi retrospekcjami. Dzięki temu bohaterowie momentalnie zapadają w pamięć. Historia treningu Rocka Lee to inspirująca, tnąca po emocjach opowieść w stylu Rocky’ego Balboy, a jego relacja z senseiem oparta na motywie ojciec-syn całkowicie mnie kupiła. Z drugiej strony dostajemy przeszłość Sakury i Ino, która pozwala zrozumieć ich wzajemną zawiść. Choć tutaj mały zgrzyt: powód, dla którego Sakura odepchnęła przyjaciółkę, jest tak potwornie dziecięcy, że jej antyfani dostaną tylko kolejny powód do rzucania w nią błotem.
  2. Przekrój starć i niespodziewanych zestawień bohaterów magnetyzuje. Nawet postacie skazywane na pożarcie muszą wspiąć się na absolutne wyżyny, by ugrać cokolwiek. Rezultaty tych potyczek wywołują ogromnego banana na twarzy, nawet jeśli scenarzyści momentami mocno naciągają rzeczywistość. Patrzę tu głównie na Naruto, u którego genialna kombinatoryka wiecznie walczy z łutem szczęścia – pod tą blond czupryną kryje się o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. No i Sakura w końcu zrzuca z siebie irytującą łatkę bezużytecznej ozdoby i pokazuje intelekt połączony z pazurem.
  3. Poziom dramaturgii w tych odcinkach dosłownie wgniata w fotel. Tragiczna, rodzinna historia Hinaty przygniata potężnym ładunkiem smutku (a z tego co czuję, to dopiero zapowiedź dramatu w trzecim sezonie). Jednak to potworne, makabryczne rany odniesione przez Lee, które mogą bezpowrotnie przekreślić jego karierę, łamią serce. Twórcy pozwalają sobie na bardzo wiele. Cudownie odświeżające jest to, że to anime nie daje swoim bohaterom żadnej taryfy ulgowej. Tutaj nawet kluczowe postacie potrafią dostać od życia potężne, bolesne lanie.

Całe szczęście, że po tak intensywnym, emocjonalnym rollercoasterze, końcówka sezonu pozwala nam w końcu spuścić z tonu i rozchodzić te emocje. Gdyby nie chwila oddechu, seans stałby się wręcz dołujący. Dostajemy dawkę świetnego, lżejszego humoru i przygotowanie gruntu pod finałową fazę egzaminu. Komediowy wątek treningu Naruto z Ebisu wypada świetnie. Zabawa płynnie miesza się tu z nauką nowych umiejętności. Na sam koniec twórcy rzucają nam jeszcze na pożarcie nową, intrygującą postać, jaką jest Jiraiya. Z jego oceną i analizą warsztatu wstrzymam się jednak do kolejnego sezonu.

Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.