Książki serialoweWspółpraca reklamowa

Marriagetoxin – Tomy 1-3 (Opinia bezspoilerowa)

Z początku „MARRIAGETOXIN” może wydawać się mangą, która celowo przesadza ze wszystkim, co ma w swoim arsenale. Mamy zawodowego zabójcę, tajemnicze klany, trucizny, niezwykłe zdolności, walki na granicy absurdu, a do tego… poszukiwanie żony. Brzmi dziwnie? Owszem. I właśnie ta dziwność okazuje się jedną z największych zalet serii, której początek miałam okazję poznać dzięki wydawnictwu Waneko. Joumyaku i Mizuki Yoda decydują się na bardzo nietypowy punkt wyjścia i budują wokół niego dynamiczną historię, która potrafi rozbawić, zaskoczyć, ale też momentami naprawdę zaangażować emocjonalnie.

O czym jest manga „MARRIAGETOXIN”?

Głównym bohaterem jest Hikaru Gero, przedstawiciel klanu Trucicieli, czyli rodziny od pokoleń specjalizującej się w zabijaniu za pomocą trucizn. Gero jest świetny w swoim fachu, ale zdecydowanie gorzej radzi sobie w kontaktach z kobietami. Problem w tym, że klan potrzebuje następcy, a ponieważ jego siostra nie zamierza zakładać rodziny z mężczyzną, odpowiedzialność spada właśnie na niego. I tutaj pojawia się Kinosaki – oszustka matrymonialna. Ich pierwsze spotkanie trudno nazwać typowym początkiem znajomości, ale bardzo szybko okazuje się, że ta dwójka może stworzyć naprawdę nietypowy i zgrany duet. Kinosaki ma pomóc Gero znaleźć odpowiednią partnerkę, a po drodze oboje zostają wciągnięci w znacznie większe problemy niż zwykłe randkowanie.

fot. Serialomaniak

Co mi się podobało?

Gero jest bohaterem, którego bardzo łatwo polubić. Nie dlatego, że jest szczególnie sympatyczny czy zabawny – wręcz przeciwnie. Na początku sprawia wrażenie zamkniętego w sobie, chłodnego profesjonalisty, który najlepiej czuje się wtedy, gdy może wykonywać swoje zadanie i wrócić do domu. Najciekawsze jest jednak to, jak bardzo nieporadny okazuje się poza swoim zawodowym środowiskiem. Człowiek, który potrafi wykorzystać truciznę w najbardziej wymyślny sposób, kompletnie nie rozumie flirtu, randek czy nie odcztuje właściwie kobiecych sygnałów. Ten kontrast daje mandze sporo humoru, ale jednocześnie pokazuje, jak bardzo Gero został ukształtowany przez rodzinę. Przez większość życia uczono go, jak być zabójcą. Nikt nie nauczył go, jak być po prostu człowiekiem. To właśnie ten aspekt jego postaci podobał mi się najbardziej. Gero stopniowo zaczyna rozumieć, że nie musi całe życie odgrywać roli narzuconej mu przez klan. Kinosaki jest dla niego idealnym przeciwieństwem. Jest pewna siebie, sprytna i znacznie lepiej odnajduje się w kontaktach z ludźmi. Jej obecność bardzo dobrze równoważy charakter Gero. Ich rozmowy potrafią być zabawne, ale przede wszystkim między bohaterami szybko pojawia się interesująca dynamika. Z czasem nie jest tylko osobą, która ma znaleźć mu żonę a staje się jego najważniejszym wsparciem i kimś, kto pomaga mu spojrzeć na własne życie z zupełnie innej perspektywy.

fot. Serialomaniak

Nie bez znaczenia pozostają również postacie drugoplanowe, bo to właśnie one sprawiają, że „MARRIAGETOXIN” szybko przestaje być historią wyłącznie o Gero i jego rodzinie. Mamy tutaj chociażby jego przyjaciela Owadziarza, któremu udaje się pogodzić pracę z małżeństwem. Ważną rolę odgrywa m.in. Himekawa, której obecność pozwala lepiej zobaczyć zasady rządzące poszczególnymi rodzinami. A jej relacja z zaprzyjaźnionym rekinem dodaje historii absurdu. Shiori, którą Geto decyduje się chronić też jest ciekawą postacią. Jej historia pozwala pokazać, że Gero zaczyna interesować się losem innych ludzi i budować relacje niezwiązane wyłącznie z wykonywaniem zleceń. Poza tym dowiadujemy się też o przeszłości klanu głównego bohatera i istnieniu ludzkiego zoo, które pomaga im poznać lepiej życie zwykłych ludzi. Jest to fascynujący i jednocześnie przerażający wątek.

Poza tym mangę czyta się bardzo szybko. To zdecydowanie jedna z tych, przy których łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko kilka stron”, a potem nagle okazuje się, że tom się skończył. Akcja pędzi i właściwie każdy większy konflikt prowadzi do kolejnego starcia. Co ważne, walki nie sprowadzają się wyłącznie do wymiany ciosów. Gero wykorzystuje wiedzę o truciznach, przeciwnicy mają własne specjalizacje, a zwycięstwo często zależy bardziej od sprytu niż samej siły. Kreska jest dynamiczna, szczegółowa i bardzo dobrze sprawdza się w scenach akcji. Postacie są charakterystyczne, a projekty przeciwników potrafią naprawdę zaskoczyć. Najbardziej podobają mi się momenty, w których autor mocno kontrastuje powagę sytuacji z ekspresyjną mimiką bohaterów. Walki są natomiast czytelne i efektowne. Każda ma trochę inny charakter skoro bohaterowie korzystają z różnych technik i specjalizacji.

fot. Serialomaniak

Co mi się nie podobało?

Historia trafiła w mój gust co prawda, ale niektóre kadry bywają bardzo szczegółowe, przez co przy najbardziej dynamicznych scenach można na chwilę się pogubić. Sama fabuła momentami pędzi zdecydowanie za szybko i niektóre wydarzenia, postacie czy elementy świata mogłyby zostać bardziej rozwinięte. Szczególnie interesujący wydaje się system poszczególnych klanów i specjalizacji, dlatego szkoda, że twórcy czasami tylko sygnalizują pewne rzeczy i szybko przechodzą dalej. Nie sposób przeoczyć też pewnej schematyczności. Pojawia się nowy przeciwnik, kolejne wyzwanie, walka i próba przekroczenia własnych możliwości. Na szczęście oryginalne zdolności bohaterów i specyfika świata sprawiają, że nie jest to aż tak przewidywalne. Jeśli ktoś nastawia się na mroczną historię o zabójcach, również może się zdziwić. „MARRIAGETOXIN” zdecydowanie nie jest ponurym thrillerem – potrafi być bardzo lekki, absurdalny i momentami wręcz komediowy. Dla mnie to bardziej zaleta niż wada, ale wiem, że nie każdemu taki kontrast przypadnie do gustu.

Wydanie

Wydanie od Waneko to miękka oprawa z obwolutą. Ilustracje na obwolucie przedstawiają pojawiających się w historii bohaterów – Gero i Kinosaki, ale też postacie pojawiające się na przestrzeni rozdziałów. W pierwszym tomie po otwarciu rzucą Wam się w oczy kolorowe strony. Kolejne zawierają streszczenie najważniejszych informacji. Sama obwoluta też jest utrzymana w kolorowej wręcz jaskrawej kolorystyce, da się dostrzec nieład jeśli chodzi o kolory, co w sumie sygnalizuje, że w mandze też sporo się dzieje i bywa chaotycznie. Pod obwolutą znajdziecie konkretny kadr z tomiku a na grzbiecie utrzymanym w tej samej kolorystyce co cała obwoluta – twarz postaci towarzyszącej Gero na okładce. Ta sama osoba pojawia się z tyłu tomu, ale już w innej scenie. Tomik ma ok 300 stron. Między rozdziałami znajdziecie nieraz informacje o różnych bohaterach i ich zdolnościach co nie tylko przybliża nam ich, ale rozbudowuje świat przedstawiony. Opisują nam np. tajemnicze ludzkie zoo czy zdolność Piętna krwi. Całość wypada spójnie i przyciąga wzrok.

fot. Serialomaniak

Czy polecam „MARRIAGETOXIN”?

Po trzech pierwszych tomach „MARRIAGETOXIN” zdecydowanie mogę powiedzieć, że warto dać tej serii szansę, szczególnie jeśli lubicie shōneny łączące dynamiczną akcję, absurdalny humor i wyrazistych bohaterów. Najwięcej skojarzeń miałam z „Sakamoto Days” – przede wszystkim przez świat zabójców, efektowne walki i komediowe podejście do fabuły – choć „MARRIAGETOXIN” ma własny charakter dzięki pomysłowi specjalistycznych klanów i motywowi poszukiwania żony. Pewne podobieństwa można znaleźć również w „Spy × Family”, zwłaszcza w zestawieniu niebezpiecznego świata z lżejszymi, zabawnymi sytuacjami. Nie jest to manga idealna, momentami tempo jest zbyt szybkie, a fabuła korzysta ze znanych shōnenowych schematów, ale ma energię, ciekawy świat i bohaterów, którym naprawdę chce się kibicować.

Dziękujemy Waneko za egzemplarze do recenzji. Wydawca nie miał wpływu na opinię.