Fruits Basket – Tomy 4-6 (Opinia bezspoilerowa)
Adaptacja tej mangi z 2019 roku to jedna z moich ulubionych historii. Szczęśliwie dołącza do tej listy również materiał źródłowy pomimo drobnych wad, o czym mogliście przeczytać w poprzednim poście dotyczących tomów 1-3. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Waneko mogłam powrócić do Toru i klątwy zodiaków w rodzinie Soma. Już na starcie polubiłam tą uroczo podaną mieszankę okruchów życia, licealnych perypetii, elementów fantastycznych i czającego się pod powierzchnią dramatu. Czy dalsze tomy „Fruits Basket” też zrobiły na mnie pozytywne wrażenie? Zapoznajcie się z opinią żeby się przekonać!
Co mi się podobało w dalszych tomach „Fruits Basket”?
Tomy 4–6 „Fruits Basket” to okres w serii, w którym historia naprawdę nabiera głębi, a bohaterowie stają się bardziej złożeni i wielowymiarowi. To moment, w którym emocje zaczynają dominować nad lekkim, szkolnym klimatem poprzednich tomów, a autorka ukazuje swoją zdolność do łączenia humoru, dramatu i wątków skupiających się na psychice bohaterów z elementami fantastycznymi. Natsuki Takaya w subtelny sposób wprowadza czytelnika dalej w świat klanu Soma, pokazując zarówno jego uroki, jak i mroczne zakamarki a Tohru Honda, jako główna bohaterka staje się prawdziwym centrum tej opowieści, łączącym wszystkie wątki i emocje, bo obserwując wszystko jako z jednej strony osoba z zewnątrz, ale i przez swoją chęć niesienia pomocy nieświadomie jest uwikłana w rodzinne konflikty. Zwłaszcza pod kątem emocjonalnym jeśli wziąć pod uwagę jej konfrontację z Kyo z poprzedniego tomu.

Lubię też to, że stopniowo poznajemy kolejnych bohaterów co pomaga przyswoić informacje. Nie czułam się przytłoczona, podobnie miałam w przypadku anime. Ciekawą odmianę stanowiło podejście Hiro do głównej bohaterki. Do tej pory członkowie rodziny reagowali na nią pozytywnie i czuli się komfortowo. W przypadku zodiakalnej owcy mamy szczerą niechęć. Co prawda bierze się ona po części z faktu, że Toru jako obca niejako stała się częścią rodziny i niekażdemu musi być to na rękę. Mamy chociaż na moment przełamanie tej wizji postaci idealnej dogadującej się z każdym. Ritsu z kolei, czyli zodiakalna małpa, choć swoją obecnością nadaje komediowy ton każdej scenie, jednocześnie wnosi wątek niepewności, wstydu i zmagania z własną tożsamością. Poznajemy też „mroczną” stronę Haru. Mimo, że sama klątwa przedstawiona jest w formie uroczych transformacji sam jej ciężar i frustracje z nią związane różnie wpływają na bohaterów. Oprócz tego, szczególnie lubię wątek mamy Toru, czyli Kyoko, o której dowiadujemy się więcej za pośrednictwem wspomnień przyjaciółki. W ten sposób czytelnicy odkrywają jak wiele dobra i wsparcia wniosła ona za życia nie tylko do codzienności własnej córki, ale i jej najbliższego otoczenia.
Mimo przewijających się pozostałych znaków zodiaku, coraz wyraźniej odczuwamy, że to znajomość z Kyo i Yukim jest w tej opowieści kluczowa (co było do przewidzenia). Nie tylko dla nich samych, ale i Toru, która stopniowo otwiera się i uczy polegać na innych. W wielu emocjonalnych scenach odczuwamy towarzyszącą im presję, jakiej poddani są w sumie wszyscy członkowie rodziny. Bohaterowie zaczynają także myśleć o przyszłości, w tym planach po szkole, dorastaniu i wyborach, które są dla nich trudne w obliczu przekleństwa. Zwłaszcza, że czują się uwiązani, co przypomina, że to nie oni mają w tej kwestii ostatnie słowo. Tego typu sceny przypominają mi, jak bardzo ta seria może trafić do dorastających czytelników. Gdyby zabrać aspekt przemian w zwierzęta chińskiego zodiaku, mamy tutaj zabawnie przedstawioną codzienność, ale też istotne kwestie, jak m.in. potrzebę zrozumienia, problemy rodzinne i ich wpływ na otoczenie, brak wsparcia, jak ważna jest obecność rówieśników i bliskich. Jednocześnie pojawia się motyw empatii, wsparcia i wyciągania ręki do tych, którzy się boją, co symbolizuje nie tylko postać Toru, ale i rozwijające się relacje między członkami rodu Soma.
To też ten moment, w którym Toru poznaje głowę rodziny – Akito. Historia zdecydowanie zaczyna nabierać ciężaru i przygotowywać grunt pod późniejsze, kluczowe konflikty. Strach, kontrola i emocjonalna przemoc zaczynają przybierać bardziej namacalne formy, a czytelnik coraz wyraźniej widzi, jak bardzo klątwa ogranicza każdego ze związanych z nią członków rodziny. Dosłownie i w przenośni. Tempo wydarzeń staje się bardziej intensywne i nastawione na budowanie napięcia – to właśnie tutaj „Fruits Basket” zaczyna przechodzić z ciepłej, obyczajowej historii w złożony dramat psychologiczny, którym w istocie jest. Nasza główna bohaterka po raz pierwszy zaczyna realnie myśleć o tym, czy można złamać klątwę i jaki może być w tym jej udział. Klosz pod którym Akito stara się wszystkich zamknąć ma coraz bardziej widoczne rysy, których najbardziej świadomi są czytelnicy.
Co mi się nie podobało w tych tomach?
Choć kolejne tomy „Fruits Basket” rozwijają świat i bohaterów w niezwykle satysfakcjonujący dla mnie sposób, mają też kilka zauważalnych wad, które mogą nie każdemu przypaść do gustu. Przede wszystkim tempo bywa nierówne: obok mocnych emocjonalnie historii pojawiają się fragmenty, które sprawiają wrażenie rozwleczonych lub zbyt komediowych w stosunku do powagi innych wątków. Tego typu przeskoki mają rozbić ciężar, ja to wiem, co nie zmienia faktu, że kogoś mogą wybić z rytmu. Pojawia się też pewien schemat – dowiadujemy się o czyimś cierpieniu, Toru przychodzi na ratunek, chwila wytchnienia i kolejny dramat. To właśnie może być przytłaczające. Ich przeżycia, emocje i wspomnienia choć poruszające, podawane jedne po drugim, mogą zmęczyć. Jednak ostatecznie nie przekreślają moim zdaniem tych tomów, raczej podkreślają, jak ambitna, złożona i pełna różnych barw jest ta część historii. Kreska co prawda wciąż mnie zaskakuje, ale pogodziłam się z rozbieżnością między mangą a anime.
Wydanie mangi
„Fruits Basket” od Waneko ukazuje się w eleganckiej wersji Collector’s Edition, w której każdy tom łączy dwa oryginalne woluminy. Mamy tu miękką oprawę z obwolutą. Na każdej obwolucie widnieje para postaci, natomiast pod nią znajduje się ta sama ilustracja, utrzymana w kolorystyce dopasowanej do tytułu i grzbietu tomu. Na skrzydełkach obwoluty również umieszczono rysunki, a w środku czekają dodatkowe kolorowe strony. Pod względem wizualnym wydanie jest naprawdę efektowne i bardzo dobrze wygląda na półce. Wciąż ubolewam nad miękką okładką, bo nie złamać grzbietu graniczy z cudem!

Czy polecam tomy 4-6 „Fruits Basket”?
Wciąż tak. Co prawda to duży emocjonalny przeskok w historii – od lekkiej, szkolnej opowieści do znacznie dojrzalszej, psychologicznej historii o traumie, akceptacji i skomplikowanych relacjach rodzinnych. To część pełna bolesnych zwrotów akcji, ale też pięknych chwil wsparcia i budowania więzi, która przygotowuje grunt pod najbardziej intensywne etapy historii. Poleciłabym „Fruits Basket” czytelnikom, którzy lubią mangi skupione na psychologii, emocjach i powolnym odkrywaniu sekretów postaci. Miejcie jednak na uwagę przeskoki z tonów komediowych na dramatyczne, dzięki temu nie będziecie zaskoczeni i docenicie opowieść o Toru i przeklętych zodiakach.
Dziękuję Waneko za przekazanie egzemplarzy. Wydawca nie miał wpływu na opinię i tekst.


