Recenzje serialiWspółpraca

Czarne motyle (Opinia bezspoilerowa)

Na francuski miniserial „Czarne motyle” z 2022 roku trafiłam szukając czegoś czym mogłabym odhaczyć punkt z naszego wyzwania serialowego na ten rok. I szczerze mówiąc w dużej mierze ta decyzja motywowała mnie do dokończenia. Dlaczego? Nie jest to serial ani łatwy w odbiorze ani pozbawiony wad. Zdecydowaną zaletą okazał się plot twist na pewnym etapie, ale to za mało by wynagrodzić nierówne tempo.

Fabuła koncentruje się na Adrienie Wincklerze (w tej roli Nicolas Duvauchelle) czyli pisarzu zmagającym się z blokadą twórczą, który przyjmuje nietypowe zlecenie – spisać wspomnienia starszego mężczyzny, Alberta Desiderio (Niels Arestrup). Z pozoru niewinna opowieść o wielkiej miłości szybko odsłania znacznie mroczniejszy wymiar. Narracja prowadzona jest dwutorowo. Współcześnie oraz przenosi nas do młodości Alberta i stopniowo odsłania relację mężczyzny z Solange (Alizée Costes), którą ta nietypowa biografia ma upamiętnić. To właśnie ten wątek stanowi sedno całego serialu. Ich związek od początku jest niepokojący. Zamiast romantyzmu mamy chłód, napięcie i dziwną fascynację przemocą. Im więcej dowiadujemy się o przeszłości, tym bardziej widać, że to relacja oparta na destrukcji. Równolegle obserwujemy, jak Adrien coraz bardziej wciąga się w tę historię. Na początku tylko ją zapisuje, ale z czasem coraz bardziej się angażuje emocjonalnie, co odbija się na jego życiu prywatnym.

fot. Netflix

Klimat to zdecydowanie najmocniejszy element serialu. Jest ciężki, duszny i momentami niepokojący w sposób, który trudno jednoznacznie uchwycić. Sama nie wiedziałam co bardziej mnie odpychało – ilość przemocy, montaż w tych scenach czy jak bardzo uzależnieni od siebie byli bohaterowie. Sam fakt, że Albert wręcz przechwalał się swoją mroczną przeszłością podkręcał dyskomfort w czasie seansu. Dużą rolę odgrywa tu zdecydowanie kontrast między współczesnością a retrospekcjami z lat 70., które mają niemal hipnotyczny charakter i wprowadzają w specyficzny, lekko odrealniony świat. To klimat, który bardziej „osacza” niż straszy wprost. Dla odmiany w teraźniejszości dominują przygaszone kolory, dużo cieni i statycznych ujęć, które podkreślają ciężar historii w pewnym stopniu wypalenie Adriena spisującego opowieść. Kadry są często minimalistyczne, ale przemyślane. To produkcja, która nie idzie na skróty i nie próbuje na siłę przyciągnąć widza szybką akcją, tylko stawia na atmosferę i napięcie wynikające z relacji między postaciami, ale… gorzej w moim odczuciu wypada współczesność. Może dlatego, że pewne sekwencje z Albertem i Solange są trochę przeciągnięte i twórcy zaniedbali pozostałe postacie. Problemy Adriena z jego partnerką Norą wynikają w dużej mierze z braku komunikacji, na którą nie dostają szansy. Jego związek mógłby być ciekawym kontrapunktem dla mrocznej historii Alberta, ale w praktyce dostajemy tylko fragmenty tej dynamiki. Podobnie jest z postaciami pojawiającymi się wokół prowadzonego równolegle śledztwa. Funkcjonują głównie jako ktoś kto zadaje pytania, coś odkrywa albo popycha akcję dalej.

Sam plot twist o jakim wspomniałam wcześniej choć ciekawy, przy tak ograniczonej liczbie bohaterów da się niestety przewidzieć. Poza tym serial potrafi przez długi czas budować atmosferę, po czym nagle uciąć wątek i „wyrzucić” ważne wydarzenie bez odpowiedniego ciężaru emocjonalnego – jak choćby przeszłość Adriena, o której wiemy niewiele czy marzenie Solange o macierzyństwie. Fakt, że te wątki pojawiają się na przestrzeni odcinków w pociętej formie wybija z rytmu. Nie mogę też pominąć dialogów. W wielu scenach są oszczędne i działają dobrze, ale zdarzają się fragmenty, w których brzmią nienaturalnie albo zbyt literacko – szczególnie w partiach narracyjnych Alberta. No ale tu warto pamiętać, że przedstawia nam swoją perspektywę, która jak się okazuje rozmija się z faktami. Najbardziej dyskusyjny jest jednak sposób, w jaki serial operuje niejednoznacznością. Z jednej strony to jego atut, ale z drugiej sprawia wrażenie braku kontroli nad historią, którą od początku ma Albert. Tylko czy na pewno? Co z tego co widzimy na ekranie jest prawdą a co wizją pisarza?

fot. Netflix

To prowadzi do jednej z głównych słabości: brak równowagi między pierwszym a drugim planem. Serial bardzo mocno koncentruje się na trójce głównych bohaterów i praktycznie podporządkowuje im całą resztę. Z jednej strony to świadomy zabieg przecież to historia Alberta i Solange, spisywana przez osobę trzecią. To co prawda podkręca klaustrofobiczny charakter historii i skupia na psychologii postaci, ale z drugiej ogranicza całą resztę: jakby świat kręcił się wokół nich a nie oni byli jego częścią.

Podsumowując, „Czarne motyle” to serial, który najlepiej działa na poziomie atmosfery i relacji między bohaterami, a nie samej konstrukcji fabularnej. Największe wrażenie robi stopniowe odkrywanie ile jest prawdy w opowiadanej historii. Choć tempo niestety jest nierówne i od razu można odczuć, które z postaci są tu tylko po to by fabuła ruszyła do przodu. To produkcja, którą najlepiej polecić widzom lubiącym wolniejsze, bardziej psychologiczne historie. Nie ma tu typowej zagadki kryminalnej do rozwiązania – na przestrzeni odcinków jesteśmy świadkami pokręconej historii miłosnej, której nie ogląda się lekko a pewne aspekty są przewidywalne. Jeśli jednak szukacie czegoś krótkiego i macie cierpliwość do nierównego tempa – może akurat Wam podejdzie! Ja jestem gdzieś po środku.

Dziękujemy za dostęp. Netflix nie miał wpływu na opinię i treść.