Battle Chasers (Opinia)
Wiecie, co od małego najbardziej pociągało mnie w tym gatunku? Te wszystkie różnorodne, fikcyjne światy, masa ras i barwna zbieranina bohaterów pędząca na ratunek światu. Może nie jest to najbardziej oryginalna formuła, ale nawet najbardziej oklepane schematy potrafią się obronić, jeśli są dobrze podane. I dokładnie tak jest w przypadku „Battle Chasers”.
Historia zaczyna się prosto: córka jednego z największych twardzieli w okolicy wchodzi w posiadanie jego potężnych rękawic, na które ślinią się wszystkie mroczne szychy w świecie. Na jej szczęście trafia na ekipę naprawdę konkretnych gości, którzy postanawiają ją chronić: wielgachny golem, wyczesany mag i dopakowany rycerz. To jest dokładnie taka ekipa, jaką lubię najbardziej czyli zróżnicowana i wyrazista. To właśnie ich relacje są podstawą wielu energetycznych scen. Mamy tu wszystko:
- Chwile grzejące serducho, kiedy po prostu siadają i gadają o życiu.
- Budowanie zaufania i wątpliwości, gdy zachowanie jednego z nich staje się nieprzewidywalne i zaczynamy obstawiać, w którą stronę to pójdzie.
- Prawdziwe dramaty w starciach z potężnymi wrogami.

Historia jest angażująca nie tylko przez akcję, ale właśnie przez to, jak postacie ją ciągną. Rodzinne korzenie głównej bohaterki są tu kluczowe, a twórcy świetnie żonglują niedopowiedzeniami, pozwalając wyobraźni czytelnika trochę popracować. Uwielbiam wielowątkowość opartą na przeszłości bohaterów. Każde z nich ma swoje tajemnice, które autorzy odsłaniają przed nami w idealnie wymierzonych dawkach. Dzięki temu motywacje postaci są jasne, a świat cały czas się rozrasta. W życiu bym nie pomyślał, że tak interesująco można przedstawić golema! Calibretto to nie jest zwykła kupa stali, ale pełnowartościowa, czująca istota. Jego obecność wprowadza technologię, która w niekonwencjonalny sposób koresponduje z magią, zmuszając do zastanowienia się, która z tych sił jest potężniejsza. No i ta jego relacja z dziewczynką… Ich bratersko-siostrzana więź jest urocza i bywa przełomowa dla rozwoju obu postaci, zwłaszcza gdy młoda odkrywa swój prawdziwy potencjał.

„Battle Chasers” stoi pojedynkami. Są zróżnicowane, rozmach zachwyca, a fakt, że nie są niepotrzebnie przeciągane, tylko konkretne, bardzo pomaga w odbiorze. Mag robi takie sztuczki, że sam Dumbledore przybiłby mu piątkę! Do tego dochodzi brutalność. To zdecydowanie nie jest seria dla fanów „gilgotek”. Postacie są rozrywane, ciosy przechodzą na wylot, a krew się leje. Czy to było potrzebne? Jak najbardziej, bo dzięki temu czuć wagę tych starć.
Na pewno jednak nie było potrzebne aż takie przeseksualizowanie postaci. No cóż… Monika ma tak napięty gorset i skromne ciuchy, że to cud, iż wszystko trzyma się na miejscu niezależnie od akrobatyki, jaką wyczynia. Taki urok przełomu lat 90. i 2000. Dla mnie zestarzało się to średnio, ale trzeba przyznać, że twórcy byli w tym konsekwentni. Mężczyźni są tak nabrzmiali od mięśni, jakby faszerowali się wspomagaczami prosto z kosmosu, a żyły na mięśniach bestii żyją własnym życiem. Kreska Joe Madureiry jest jednak niezwykle charakterystyczna i wyrazista, a w połączeniu z żywymi kolorami wygląda to po prostu świetnie – od projektów świata, przez dynamikę walk, aż po same postacie.
Dziękuję Nagle Comics za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst jest również dostępny na naszym drugim portalu Uniwersumdccomics.com.pl

