Książki serialoweWspółpraca reklamowa

Absolute Batman: Tom 1 (Opinia)

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy „Absolute Batman” po polsku! Czy było warto czekać? Cholera, jasne że tak!

Scott Snyder i Nick Dragotta wzięli na warsztat całą mitologię Nietoperza, żeby opowiedzieć ją na nowo, ale w mrocznych, podkręconych klimatach. Fundament mieli świeży, a perspektywę nieograniczoną, dzięki zupełnie nowego uniwersum powstałym na bazie energii Darkseida. I tak dostaliśmy „nowego Batmana”, po którego można swobodnie sięgnąć, nie oglądając się za żadnym innym komiksem – co jest rzadkością w superhero, serio!

No i dostaliśmy napakowanego Batmana niczym Pudzian, który nie patyczkuje się z wrogami a traktuje ich… brutalnymi metodami, podobnie jest z jego przeciwnikami – jako pierwszym okazuje się Black Mask, który swoją pozycję zbudował pozbawiając głowy mafijnych rodzin… ich głów! Ale to w centrum historii jest Alfred, który jest aktywnym agentem, przyjeżdża do Gotham unormować sprawy i całości przygląda się, dzięki czemu nawiązuje (nie)oczywistą relację z Batmanem.

Scott Snyder w Snyderowaniu na pełnej? Delikatnie mówiąc. To nie tylko podkręcony Batman do granic mroku, ale wszystkie co stanowi jego świat, a napędzającą historią wisienką na torcie są zmiany na szachownicy: zostawienie jednego rodzica Bruce’a przy życiu stwarza dobrze wykorzystaną przestrzeń do przedstawienia zupełnie nowych cech charakteru Batmana (choćby bliskość w relacjach matka-syn); osadzenie chłopaka w nieoczywistym środowisku kumpli (Nygma, Ozz, Croc, Selina) daje furtkę do budowania żywszych, dynamicznych relacji z nowym spojrzeniem na kodeks bohatera (zmian jest więcej, każda interesująca!); nieoczywiste zestawienia postaci budują interesujące relacje z życia wzięte dające przyziemność, prostość ludzkiego życia i ożywiając tło (np. Gordon-Martha). Snyder nie sięga po bezpieczne środki, zapewnia śmiałe zmiany, a te okazują się strzałem w dziesiątkę w stworzeniu świeżego świata z nieograniczonym potencjałem do opowiadania bardziej „edgy” historii, gdzie trudno narzekać na nudę… cały czas dostarcza akcji, której celem jest wkraczanie na nowe granice edgy i pokazywanie jakim to kozakiem nie jest Batman (zawsze był, ale teraz to dopiero wywija, że aż miło!) ale na tym się nie kończy, bo zwolnienie tempa jest wykorzystywane na spokojniejsze treści pogłębiające stany postaci, ich relacje np retrospekcje wprowadzają wiele czułych chwil Bruce’a z matką.

Byłem zachwycony podczas czytania, jak na bazie znanego fundamentu powstały świeże, angażujące wątki, postacie, a opowiadanie tego w mrocznych, brutalnych tonach było największym atutem do nieoczywistych zwrotów – czasem zbyt przegiętych, przerysowanych jak kolosalny batmobil umieszczony w budowli, ale więcej koncepcji do mnie trafiało niż dawało powody do kręcenia nosem (szczególnie podczas walk: od fikuśnie odjechanej peleryny, po toporek)! Może to kwestia, że każdy przerysowany element ma swój punkt odniesnia i nie jest na bazie „bo tak”? Najlepiej pokazuje to czwarty rozdział przedstawiający genezę Batmana – tutaj każdy przerysowany gabaryt Batmana ma solidne tło, a wypracowanie tego samodzielną drogą i ludzkimi metodami nadaje całości przyziemnego wybrzmienia (i stawia portret bohatera, z którym chce się trzymać: inteligentny, ambitny, krzepki, odważny i długo wymieniać). Wyjątkiem są elementy, które toczą się gdzieś z boku, ale znając serię dalej mogę uspokoić, że są to koncepty budowane długofalowo.

No i Nick Dragotta… najlepszy wybór do wizualizacji mrocznych fantazji Snydera, zobaczcie sami!

To nie tylko dobry czas, żeby być fanem Batmana… To również dobry czas, żeby zostać fanem Batmana i przeczytać dobry BatKomiks z marszu!

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

Tekst oryginalnie opublikowany na Uniwersumdccomics.com.pl