Re: Zero – Życie w innym świecie od zera – Sezon 1 (Opinia bezspoilerowa)
Gdybym miała wybrać gatunek anime co do którego na przestrzeni ostatnich lat czuję przesyt nie tylko jako fanka, ale też przygotowując dla Was listy sezonowych premier, byłby to isekai. Mam wrażenie, że pomysły na fabułę są coraz bardziej absurdalne a ryzyko podobieństw coraz większe. Czy to znaczy, że uciekam od tej tematyki? Skąd. Mam nawet swój ulubiony tytuł – „Re: Zero”. Oklepane? Być może. Dorastająca Wiolka oglądająca lata temu każdą część „Oszukać przeznaczenie” byłaby zachwycona tym anime. Z ponad 30-ką na karku też jestem i spróbuję Was zachęcić!
Pewnego wieczoru Subaru Natsuki po zwyczajnym wyjściu na zakupy nieoczekiwanie trafia do fantastycznego świata pełnego magii i niezwykłych istot. Na jego drodze staje Emilia, pół-elfka ratująca go z opresji. To spotkanie zapewnia mu dach nad głową, ale czy stanowi cudowne zrządzenie losu? Niestety nie. Bardzo szybko okazuje się, że chłopak nie jest bezpieczny i co więcej, posiada zaskakującą umiejętność – kiedy zginie, cofa się w czasie do pewnego momentu. Tak jakby kraina do której trafił pozwalała mu na restart i możliwość podjęcia innej – niekoniecznie lepszej dla niego lub otoczenia – decyzji. Mamy tutaj bohatera, który nie jest gotowy na rolę protagonisty świata fantasy. Subaru przez długi czas wierzy, że wszystko powinno działać zgodnie z zasadami znanymi z gier czy innych historii o przeniesieniu do obcej krainy. Rzeczywistość jak już wspomniałam bardzo szybko weryfikuje te oczekiwania. To jedna z najciekawszych dróg rozwoju postaci – można odnieść wrażenie, że na każdym zakręcie rzucane mu są kłody pod nogi i na przestrzeni fabuły przekonujemy się ile psychicznie i fizycznie zniesie Subaru. Największą siłą „Re:ZERO” jest to, że praktycznie nigdy nie pozwala widzowi poczuć się bezpiecznie. Kiedy wydaje się, że znaleźliśmy chwilę wytchnienia, kolejne wydarzenia brutalnie uświadamiają, że sukces nigdy nie jest dany raz na zawsze. Dzięki temu napięcie utrzymuje się niemal przez cały sezon.

Pod względem wizualnym pierwszy sezon „Re:ZERO” prezentuje się bardzo dobrze. Studio White Fox stworzyło świat pełen szczegółów i pięknych krajobrazów, ciekawych kostiumów i efektownych scen magicznych oraz tych… makabrycznych. Stąd moja wcześniejsza wzmianka o „Oszukać przeznaczenie”. Powiem krótko: jest krwawo, Subaru dwoi się i troi, żeby ocalić ludzi ze swojego otoczenia i ponosi tego cenę. Gra światłem, kolory oraz mimika postaci często przekazują więcej niż same dialogi. Widać też, że animatorzy dużą wagę przywiązywali do ekspresji twarzy Subaru. Strach, zmęczenie czy desperacja są widoczne niemal w każdym ujęciu. Yusuke Kobayashi, który użycza głosu głównemu bohaterowi, wykonuje fenomenalną robotę. Potrafi w jednej chwili przejść od komediowego tonu do rozpaczy, paniki czy kompletnego załamania. To jedna z tych ról, w których aktor naprawdę niesie znaczną część emocji i mam wrażenie, że wypadł na tyle świetnie, że będzie mi się kojarzył głównie właśnie z tym tytułem. Świetnie wypada też Satomi Arai jako Beatrice, która z łatwością przechodzi od sarkastycznych uwag do bardziej emocjonalnych momentów. Inori Minase nadaje Rem ogromną wrażliwość i sprawia, że bohaterka szybko da się lubić. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak Mamiko Noto w roli Elsy Granhiert. I to od pierwszej sceny. Jej spokojny, niemal delikatny głos doskonale kontrastuje z okrucieństwem postaci, dzięki czemu każda scena z Elsą budzi autentyczny niepokój. A wątek wyznawców wiedźmy i postać Petelguse’a… ręka, noga, mózg na ścianie. Nie moje co prawda (scena w jaskini i to co potem – przełomowe dla historii i dalszego seasnu) ale przy scenach z nim właśnie tak się czułam. Antagoniści wypadają tu przerażająco i przekonująco.

Nie byłabym sobą przemilczając soundtrack. Muzyka autorstwa Kenaichiro Suehiro to złoto. Bardzo umiejętnie balansuje między spokojnymi, melancholijnymi utworami a kompozycjami budującymi napięcie. “Call of the Witch”, „Rondo of Love and Darkness”, „Sloth”, „Requiem of Silence” – mogłabym bez końca wymieniać. Usłyszy się raz i zostaje z człowiekiem na dłużej. Nie wiem czy to kwestia zaangażowania w oglądane anime czy po prostu na tyle udany efekt końcowy, ale nawet wątki poboczne mnie obchodzą: wybory kolejnego władcy, polowanie na białego wieloryba, przeszłość Willhelma van Astrea i jego pragnienie zemsty po stracie żony. „Re: Zero” jest historią Subaru w innym świecie, ale częścią tej opowieści są wszyscy dookoła i ich obecność ma znaczenie – i to się czuje.
Choć rozwój naszego protagonisty jest jednym z największych atutów anime, wymaga od widza sporo cierpliwości. Są momenty, w których naprawdę trudno kibicować jego decyzjom. Nie każdy będzie miał ochotę oglądać bohatera, który przez kilka odcinków zdaje się nie wyciągać wniosków z własnych błędów. Jest też głośny i bardzo impulsywny, może ma to podkreślać jego wiek albo fakt, że pochodzi z innego świata – albo jedno i drugie. Jednak ciężko oglądać momentami jego trudności z przyjmowaniem odmowy i stałe próby przekraczania granic jakie stawiała mu Emilia. A jego ostateczna decyzja po jednym z najbardziej emocjonalnych momentów w anime wciąż jest dla mnie nie do przyjęcia.
Mimo tych wad trudno odmówić „Re:ZERO” jednego – potrafi wywoływać silne emocje. Nie robi tego tanimi zwrotami akcji ani nieustannym szokowaniem widza. Najbardziej poruszające okazują się chwile, kiedy Subaru musi zmierzyć się z własnymi słabościami, poczuciem winy i konsekwencjami swoich wyborów. To właśnie wtedy anime pokazuje, że pod płaszczem fantasy kryje się przede wszystkim opowieść o nastolatku próbującym odnaleźć sens w świecie, który nie daje prostych odpowiedzi. Uważam to anime za jedną z najciekawszych produkcji fantasy ostatnich lat. Jeśli ktoś z Waszego otoczenia wciąż mylnie zakłada, że anime do bajki, które niczym nie zaskakują – polećcie „Re: Zero” – może zmienią zdanie!
Dziękujemy Crunchyroll za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię.

