Współpraca reklamowa

Bestia z Północy (Opinia)

Znacie Conana? No ja tak średnio, coś tam czytałem, ale niespecjalnie spotkało się to z moim gustem. Chętnie sięgnąłem po „Bestia z północy” od Óscara Martína i Leonela Castellaniego, żeby zobaczyć jak odbiorę Conana po dłuższym czasie i… niewiele się zmieniło.

Komiks jest dość krótki, dlatego opisanie fabuły nie będzie specjalne rozbudowane: zostaje porwana córka jednego z liderów gangu, Conan odbija ją i sprowadza do domu. Wydawać by się mogło, że to koniec histori, ale nie… to moment, w którym wydarzenia nabierają tempa, ale wszystko zostanie (jak zawsze) rozwiązane za pomocą miecza.

fot. Serialomaniak

Komiks niesamowicie wierne oddanie ducha prozy Roberta E. Howarda. Conan jest tu młody, dziki, surowy i do bólu bezkompromisowy. To bohater czynu, a nie zbędnych, akademickich rozważań. Dostajemy Północnego Barbarzyńcę w jego najlepszym wydaniu – kieruje się prostym kodeksem, walczy, rabuje i szuka nagród. Bardzo szanuję, że komiks nie tylko eksponuje jego siłę i zalety, ale bez ogródek uderza też w wady, pokazując chociażby, jak ślepa pogoń za skarbami zwodzi go z obranego celu i pakuje w potężne tarapaty.

Graficznie ten album to po prostu absolutna petarda. Kreska Leonela Castellaniego połączona ze stylem Martína robi piorunujące wrażenie! Dynamiczne pojedynki, duszny, niebezpieczny klimat ciasnych uliczek oraz czysta, fizyczna siła Conana zostały rozrysowane niezwykle ekspresyjnie. Twórcy znaleźli świetne, świeże rozwiązania na projekty świata i postaci, a przerysowania wkraczają dokładnie tam, gdzie powinny. Krwawe starcia, konkretna wymiana ciosów i lejąca się posoka idealnie współgrają z mrocznym klimatem. I to jest dla mnie najmocniejsza strona tego komiksu – zdecydowanie jest na co zawiesić oko, miejscami pozachwycać się.

Do tego dochodzi szybkie, potężnie mięsiste tempo typu „pure action”. Komiks nie marnuje czasu na zbędne dłużyzny. Po szybkim wprowadzeniu i pierwszej bijatyce w karczmie akcja trzyma wysokie obroty aż do samego końca. Co ciekawe, to nie jest tylko bezmyślne rąbanie ludzi i zmyślnych potworów. W fabułę wpleciono sprytne intrygi i chytrość bohaterów, dzięki czemu ta z pozoru prosta historia zyskuje fajne, drugie dno i stawia Conana przed czymś więcej niż tylko siłowym wyzwaniem.

fot. Serialomaniak

Na osobną pochwałę zasługuje też polskie wydanie od Lost in Time: duży format, twarda oprawa, świetne tłumaczenie Pawła Łapińskiego i grubaśny papier kredowy, na którym kolory aż tętnią życiem.

Największym grzechem produkcji jest niestety dość prosta i schematyczna fabuła, którą co prawda chwaliłem przed chwilą, ale muszę postawić „ale”, bo to właśnie ono powoduje, że nie po drodze mi z Conanem. Scenariusz opiera się na klasycznym motywie najemnika i prostej misji ratunkowej. To komiks skrojony typowo pod czystą akcję, który nie oferuje zbyt wiele pod kątem głębszego rozwoju postaci czy wielkich przemyśleń. Są momenty, kiedy wystarczy mi prosta rąbanka, ale zdecydowanie wolę historie oferująca mi coś więcej od fabuły czy samych bohaterów (a nawet rozwiązywania konfliktów). Inaczej to komiks, który przeczytam, odłożę i po chwili o nim zapomnę.

Przekłada się to niestety również na bohaterów drugoplanowych. Są oni obecni na kadrach, ale właściwie niczym się nie wyróżniają i nie oferują sobą niczego poza tłem dla akcji. Do tego dochodzi sama długość tej historii – całość zamyka się w zaledwie 70 stronach, więc komiks pędzi jak szalony i łyka się go dosłownie na raz. Dla kogoś, kto nie jest fanem czysto brutalnej sieczki, przerysowanych gabarytów czy utartych schematów, ten tom może wydać się po prostu zbyt powierzchowny.

Dziękujemy Lost in Time za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.