Władza Absolutna tom 3 (Opinia)
Finałowy tom „Władzy Absolutnej”? potężne domknięcie awantury rozpętanej przez Amandę Waller!
Tom zaczyna się od bardzo mocnego prologu, który przybliża nam historię samej Waller. Dowiadujemy się z niego, jak weszła w ten brutalny zawód, jak zdobywała swoje pierwsze haki na potężne szychy i co tak naprawdę jest jej paliwem do działania. To kawał niezwykle cennej wiedzy dla budowania jej postaci. Odpowiada na kilka kluczowych pytań i pozwala lepiej zrozumieć jej motywacje oraz poczuć bijącą od niej bezwzględną siłę. Choć, mówiąc zupełnie szczerze, te fakty padają trochę za późno – twórcy powinni zaserwować nam je znacznie wcześniej.
Po świetnym wstępie przechodzimy do dania głównego: totalnej batalii sił Waller z resztkami obrońców Ziemi. Twórcy poświęcili mu naprawdę sporo miejsca, skupiając się na tym, jak wpłynęła na niego manipulacja ze strony Brainiac Queen. Ten fragment na moment lekko hamuje dynamiczną akcję, ale wprowadza do całej historii tonę potrzebnego dramatu. To właśnie tutaj najbardziej czuć, jak ta cała wojna destrukcyjnie wpływa na poszczególnych bohaterów.
Sam finałowy pojedynek to bardzo sensowne i satysfakcjonujące zwieńczenie wątków prowadzonych na łamach wszystkich komiksów pobocznych (tie-inów). Autorzy zgrabnie dopinają tu każdą urwaną kwestię, dając nam akcję z prawdziwym, hollywoodzkim rozmachem. Pod presją uciekającego czasu bohaterowie musieli wykazać się ogromną pomysłowością i wykorzystać cały swój potencjał. Kulminacja starcia potrafi autentycznie wstrząsnąć, a ostatnie zwroty akcji i ujawnione tajne plany dają świetną perspektywę na dalsze losy całego uniwersum DC.
Żeby nie było zbyt idealnie… widać, że scenarzyści momentami chcieli wrzucić zbyt dużo srok za ogon do jednego tomu, przez co ucierpiało kilka wątków. W pewnym momencie na placu boju pojawiają się siły z innych światów, ale ostatecznie kompletnie nic z tego nie wynika. Ten motyw potraktowano tak po macoszemu, że bardzo łatwo go przeoczyć. Absurdalny wątek romantyczny między Wonder Woman a Steve’em Trevorem potrafi lekko zniesmaczyć. Twórcy wepchnęli tam taką ilość pożegnalnych pocałunków w absolutnie najmniej odpowiednich momentach bitwy, że reakcje zniesmaczonego Damiana Wayne’a idealnie podsumowały to, co czuł wtedy czytelnik.
Na szczęście na te potknięcia można przymknąć oko dzięki dwóm genialnym elementom. Po pierwsze: wątek Olivera Queena (Green Arrow) został poprowadzony po prostu po mistrzowsku. Po drugie: niesamowita głębia, jaką obdarzono roboty Amazo. Twórcy znaleźli świetny sposób na pokazanie, że za tymi bezdusznymi blaszakami kryje się coś znacznie większego, a siła tego przekazu, zwłaszcza przy motywie wpływu pierścienia Alana Scotta, była po prostu niepodważalna.
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst dostępny również na Uniwersumdccomics.com.pl

