Wygnaniec (Opinia bezspolierowa)
Z Katarzyną Bereniką Miszczuk „znam się” już od czasów jej debiutu i trochę aż dziwnie mi to pisać, bo brzmi to jakbym razem z nią przechodziła przez kolejne etapy życia. Potem przyszedł czas na cykl demoniczno-anielski, „Kwiat Paproci” (który swoją drogą ma naprawdę ogromną rzeszę fanów) oraz moją ukochaną „Drugą szansę”. Ta ostatnia doczekała się też bardzo fajnej ekranizacji serialowej na Netflixie (polecam). Gdy więc zobaczyłam kolejną zapowiedź na stronie Mięty, nową książkę fantasy od jednej z moich ulubionych polskich autorek, wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę. No bo umówmy się, mamy już pewną historię. Pytanie tylko brzmiało: czy „Wybraniec” spełni moje oczekiwania i czy przygody Anki wciągną mnie na równi z perypetiami Wiktorii czy Gosi? Zapraszam do przeczytania bezspoilerowej recenzji!
Matka wysyła Ankę na totalne zadupie na polskiej wsi do miejscowości o wdzięcznej nazwie Dusibaba, żeby ogarnęła rodzinne sprawy i dopilnowała swojego chorego na Alzheimera dziadka. Przy okazji ma też namówić staruszka na przeprowadzkę do domu opieki. Brzmi jak klasyczny rodzinny obowiązek i szybka akcja „odfajkować temat i wracać do życia”… tylko Anka jeszcze nie wie, że ta wizyta kompletnie wywróci jej rzeczywistość do góry nogami. Bo nagle znajduje… całkiem nagiego (i podobno bardzo przystojnego) mężczyznę, który twierdzi, że jest magicznym księciem z innej krainy. I zanim Anka zdąży powiedzieć „co tu się odwala i mam tylko urojenia?”, okazuje się, że właśnie… naprawdę wpakowała się w środek całkiem konkretnej baśniowej katastrofy.

Książkę czyta się błyskawicznie. Akcja jest bardzo dynamiczna i praktycznie nie stoi ani przez moment. Nie ma tu dłużyzn ani poczucia „dobra, kiedy coś się w końcu zacznie dziać?”, bo wydarzenia lecą jedno za drugim i cały czas coś pcha historię do przodu 😌✨ I to też fajnie współgra z humorem, bo nawet kiedy pojawiają się bardziej absurdalne albo intensywne momenty, tempo nie siada i nie robi się z tego rozwleczony opis. Po prostu czytasz dalej i nagle orientujesz się, że minęło pół książki.
Drugą rzeczą, którą muszę wyróżnić, jest bardzo ciekawy koncept połączenia celtyckiego folkloru i mitologii z naszym bardzo polskim klimatem. I szczerze, ogromnie doceniam takie podejście. Nie ukrywam, że mam trochę przesyt tym, jak część polskich autorów na siłę próbuje być „zagraniczna”, bardzo amerykańska w klimacie i estetyce. A przecież mamy u siebie tyle własnego folkloru, legend i miejsc, które aż proszą się o odrobinę magii i dziwności. Dlatego kiedy nagle dostajemy Dusibabę zamiast kolejnego miasta rodem z USA i do tego celtyckie motywy wpadają w bardzo swojski, polski krajobraz, to ja kupuję to od razu. No i umówmy się – czy w tych naszych polskich grządkach z truskawkami też nie może od czasu do czasu wylądować jakiś magiczny, przystojny facet z innego świata?
Sam świat przedstawiony ma duży potencjał i jest naprawdę interesujący. Po tym, co dostałam w tej książce, mam spore oczekiwania co do dalszego rozwinięcia i całej historii. Czuję, że autorka dopiero lekko uchyliła drzwi do tego uniwersum i spokojnie można by z niego wyciągnąć jeszcze dużo więcej. Podoba mi się też, że już teraz czuć tu przestrzeń na rozwój. Są pomysły, klimat i kilka ciekawych tropów, które aż proszą się o mocniejsze rozbudowanie w kolejnych historiach. I bardzo mnie ciekawi, w którą stronę to pójdzie, bo potencjał zdecydowanie jest.
Na lekki minus, sama główna bohaterka, która momentami potrafi być odrobinę irytująca, a jej decyzje czasem są naprawdę… cóż, mało przemyślane i potrafią wywołać klasyczne „dziewczyno, ale po co?”. Nie powiem, żebym pokochała ją tak mocno jak Wiktorię albo bohaterki z „Kwiatu Paproci”, ale daję jej jeszcze szansę na rozwój, może z czasem trochę zmądrzeje i bardziej się rozkręci jako postać. Za to bardzo polubiłam jej dynamikę z Darraghem (choć dla mnie od razu zrobił się bardziej Darek, nie będę ukrywać 😌). Świetnie wypadają razem i ich relacja balansuje między lekkim absurdem, napięciem i wzajemnym wkurzaniem się, co naprawdę dobrze napędza historię. I mam wrażenie, że akurat tutaj jest sporo miejsca na rozwój, nie tylko świata, ale też samej Anki, więc jeszcze jej nie skreślam.
Na koniec małe, ale dość istotne „ale”. Chodzi o okładkę. Eh, rozumiem koncepcję i zamysł, naprawdę widzę, co miała komunikować, ale… kompletnie mnie nie kupiła 😭. Wręcz przeciwnie – jak dla mnie jest dość słaba, mało przyciągająca i zupełnie nie oddaje tego, czego spodziewałabym się po tej historii i jej klimacie. Gdyby nie nazwisko autorki, szczerze mówiąc nie wiem, czy w ogóle zwróciłabym na tę książkę uwagę w księgarni. A szkoda, bo to naprawdę bardzo fajna, lekka rozrywka na dwa wieczory i mam wrażenie, że okładka trochę nie oddaje tego, ile frajdy można mieć z jej czytania.
Podsumowując: „Wybraniec” to dla mnie bardzo przyjemna, lekka i zaskakująco wciągająca przygoda z dużą dawką humoru, ciekawym światem i charakterystycznym dla autorki klimatem. Nie jest to może moja ulubiona bohaterka Miszczuk i nie wszystko tu zagrało idealnie, ale bawiłam się naprawdę świetnie i z chęcią czekam na drugi tom tej historii.
Dziękujemy wydawnictwu Mięta za egzemplarz do recenzji. Wydawca nie miał wpływu na opinię i treść.

