Recenzje serialiWspółpraca

1670: Sezon 3 (Opinia bezspoilerowa)

Powrót do Adamczychy! A właściwie… to nie, bo trzeci sezon „1670” wypłynął na pozostałe rejony Polski, momentami przenosząc akcję na dwór królewski czy ziemie spowite wojną z Tatarami. Przyznaję, twórcy mieli jaja, aby nadać produkcji aż takiego rozmachu. Finalny efekt był jak najbardziej w porządku, ale tylko do pewnego momentu.

Nowy sezon kupił mnie początkowymi odcinkami. Każda z postaci poszła swoją ścieżką, a pomysły trafnie nawiązywały do tego, co do tej pory o nich wiedzieliśmy i nie było kierunku, który oceniłbym źle. Każdy z wątków odsłaniał nowe uroki XVII wieku, potrafiąc zarazem podejść satyrycznie do wybranych elementów i obnażyć ich słabości np. wątek edukowania chłopów przez Anielę był dobrze ograny, pokazując słabe strony jej ambitnego planu, a Martyna Byczowska dostała nie lada okazję, żeby zaprezentować swoją bohaterkę od innej strony, co zresztą świetnie wykorzystała. Ksiądz Jakub wszedł na salony i to był strzał w dziesiątkę: pokazanie go w bardziej dostojnych rejonach dało Michałowi Sikorskiemu pole do idealnego przerysowania tej postaci, by roztaczała wokół siebie nową aurę. Oczy powędrowały jednak ku Janowi Pawłowi i jego walce o odzyskanie statusu, co wymagało szalonych pomysłów, takich jak wcielenie się we wróżbitę na królewskim dworze; tutaj Bartłomiej Topa znakomicie wykorzystał swój warsztat, pokazując wielowarstwowość bohatera. Nie mógłbym też zapomnieć o Bogdanie, który dostał chyba najbardziej nieoczywisty kierunek rozwojowy. Dobromir Dymecki miał ogromne pole do popisu: pokazał zupełnie nowy charakter swojej postaci i mocno pobawił się kostiumem. Finalnie to właśnie jego wątek najbardziej odznaczył się w nowym sezonie świeżością i znaczeniem dla całego świata serialu, ale trzeba zaznaczyć, że to nie wszystkie postacie, które poszły do przodu – więcej czasu dostał nawet Król, który mimo małego czasu ekranowego dobrze zarysował swoją postać z wadami i tego co na prawdę znaczy na dworze.

fot. Netflix

Na ekranie te wszystkie zabiegi prezentowały się świetnie, a aktorzy w nowych realiach odnajdywali się jak ryby w wodzie. Po całej ekipie widać doskonałą znajomość epoki oraz wyczucie, jak ugryźć od strony satyrycznej ówczesne wady, by komedia wciąż mocno wybrzmiewała. Twórcy wiedzieli na co zwócić uwagę w danych wątkach i sprzedać to w satyrycznym tonie wraz ze współczesnymi elementami odpowiednio dopasowujac je do realiów. Moim ulubionym motywem było sparodiowanie sarmatów poprzez „egzamin dojrzałości”, który dostarczał masy frajdy swoim specyficznym przebiegiem, a po prawdzie pokazywał, jak mocno był to szczebel pełen wad, wcale niereprezentujący wyższego poziomu niż inne warstwy społeczne. Miejscami nie brakowało jednak negatywnie przekombinowanego humoru i nadmiernego wplatania współczesnych rozwiązań, które całkowicie nie pasowały do konwencji epoki np. podróż w kosmos, wyrwana z czapy i absolutnie zbędna dla całego serialu.

fot. Netflix

Druga połowa sezonu nieco ostudziła mój początkowy zapał do tej historii. Powodem jest wtórność schematów, które doskonale znamy z pierwszego i drugiego sezonu, wykorzystane do splecenia wszystkim wątków w jedną, spójną historię z nadmuchanym rozmachem. Czy było to potrzebne? Niekoniecznie. Wydźwięk zwrotu akcji byłby zdecydowanie lepszy, gdyby bohaterowie pozostali wierni swoim wartościom, zamiast nagłego odkręcania ich postaw i finalnie doprowadzając do bez emocyjnego oglądania wydarzeń np. końcowe zachowanie Anieli do Macieja, mimo żelaznej postawy przez cały sezon czy trójkąt miłosny Zofii prowadzący w finalnym rezultacie do pętli – każdy ze zwrotów oceniam jako wymuszony, nieco pozbawiony sensu, dający odczucie jakby twórcy obawiali się końca serialu zamiast zaryzykować i pozostawić przestrzeń do eksploracji nowych ścieżek.

Dziękujemy Netflix za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.